„ Czasami człowiek potrzebuje usłyszeć proste rzeczy, o których często gęsto zapomina. Tak jak teraz, gdy plączę się w swoich życiowych planach, piszesz „o to nikt inny jak my decydujemy o NASZYM losie.” I wtem uświadamiasz mnie, że mogę być szczęśliwa dłużej niż parę tygodni, tylko muszę chcieć. Z cygankami i wróżbami to jest tak jak mówisz, też w nie już nie wierzę (choć kiedyś mnie przekabaciły na swoją stronę). Jeżeli któraś przepowie niepowodzenie, człowiek będzie żył z taką świadomością i w każdej chwili doszukiwał się tego niepowodzenia. Będzie się denerwował, czekał, dostrzegał tysiące rzeczy, na które nie zwracał uwagi i zastanawiał się „Czy Cygance chodziło właśnie o to?”. Jeżeli przepowiada szczęście, żyjemy ze spokojem ducha,wiedząc, że nic nam nie grozi, nie zwracamy uwagi na chwilowe niepowodzenia, nie doszukujemy się niczego. ”
It’s crazy, my dreams amaze me
Mój weekend wolno płynący z nurtem tlenu w powietrzu poczęty piątkiem, począwszy od przytkniętego do szyby stęsknionego za domem nosa podczas powrotu do domu, w celu ucieczki od autobusowego unoszącego się w powietrzu klimatu, tego wszechobecnego „smrodu” (cudzysłów, byś nie wzięła mnie za jakąś prostaczkę) po przez planowanie: „Co zrobię jak dotrę do drzwi swojego pokoju?”, „Jaki dres założę, jaką bluzę?”, „Czy zwiążę włosy czy splotę?” aż dosięgając w końcu upragnionego całkowitego lenistwa.
Gdybym miała teraz zadawać sobie kolejne pytanie zapytałabym o to, czy samotne spokojne wieczory są końcowym urzeczywistnieniem moich sennych marzeń? Czy są ich wysokoprocentowym spełnieniem? I jeszcze o to ile waży moje szczęście? Czy przypadkiem nie ma obniżonej hemoglobiny i zbyt małej ilości czerwonych krwinek?
Najdroższy czasie, proszę Cię z moich największych sił zebranych ze wszystkich, nawet najskrytszych zakamarków ciała- płyń wolniej. Ranisz mi duszę, która cierpiąc zrzuca cały ciężar na moje kruche równie ciało- wtedy ono cierpi jeszcze silniej. Nieudolne, niepotrafiące poradzić sobie z małą ilością snu i nadmiarem kofeiny, myślami uciekające gdzie pieprz rośnie i zakładające tam plantacje. Tymczasem ja zdaję sobie sprawę, że możecie myśleć, że mam niezrozumiałe skłonności do pisania listów i zwracania się do rzeczy/nieludzi/czynności. Ale dla mnie to najtrafniejszy sposób przekazu.

Przez pryzmat paryskiego oddechu
Sny jeszcze lepią się od Paryskiego słońca i ściekającej po ściance kubka pianki po porannej kawie. Marzenie tak nierealne, a jednak urzeczywistnione siłą rąk i czynów tak jak dopięcie guzika w za małych szortach po zimie. I pomyśleć, że jeszcze pół roku temu były tylko słowa „śnie o Paryżu nocą”. Dziś wracam do niego przy książkach, przy herbacie, przy komputerze, bo nie da się do niego nie wracać, gdy mapa w myślach jeszcze rozłożona od kwietnia, jeszcze pomięta od nieprzespanych nocy na lotnisku, odcisków na stopach i na duszy?
I powracam do was jako W. pełniejsza w biodrach i udach, pełniejsza w świeższe wiosenne myśli ze straganów i doświadczenia. Pogubiona w paryskim metrze, kupująca poranne bagietki, wpatrująca się w późno popołudniowy Londyn z lotu ptaka i czująca się właśnie jak on przez zaledwie siedem dni, wracająca wciąż do wieczornych rozmów na dywanie obok szary czy pod drzwiami w łazience, śpiąca w białej pościeli i pijąca kawę we wszystkich tych nieziemskich miejscach z pięknymi duszyczkami, przyziemsko mówiąc- ich ucieleśnieniem. Do tej pory wcale nie bezrobotna emocjonalnie, obnażałam swoje myśli na pół etatu mailowego, leczącego duszę, pocieszającego, przyjemnego jak dotyk policzka przez poduszkę i zapach snu po ciężkim dniu, gdy kołdra jest Twoim jedynym ciężarem.


you make me feel
Ile razy można wysłuchać jednego utworu? Jak bardzo można obgryźć zapuszczane miesiącami paznokcie? Ile kaw dziennie można wypić? Jak bardzo można czuć się samotnym w samotne niedziele, które zawsze są samotne i dotychczas nieprzeszkadzające? Jak długo można marzyć sennie? Ile może trwać czyjaś osobista doba? Jak powoli może iść czas wtedy gdy chcielibyśmy by gnał? Jak bardzo można mieć spuchnięte powieki, nie od braku snu i nie od alergii na kosmetyki? Czy można się rozpaść jak porcelanowy dzbanek i filiżanka kawy w wersji miniaturowej przy naszyjniku? (Lissie- When I’m Alone – (exclusive Live in Paris + lyrics))
okruszek z biszkopta
Otrząsam się z resztek snu i resztek wczorajszego dnia. Chciałabym już mieć wolne dni i cieplejsze tygodnie wolnopłynące i mozolne, by móc przeczytać książkę, którą dostałam pod choinkę inną niż te o charakterze lektur szkolnych przymusowych. I chciałabym polubić niedziele, złowrogie dotychczas. Moja mama walczyła z moim nocnym trybem nauki aż rok i pół, po czym w końcu zrozumiała, że jej starania są bezproduktywne. Na szczęście, bo nadeszło drugie półrocze, nauki więcej, a ja nienawidzę jak mi ktoś ją zakłóca o idealnej czwartoporannej ciszy. Ale ja mam swoją własną dobę przecież.
Jak nie mróz niedający oddychać to śnieg, w którym gubiłam połowę ciała i dla urozmaicenia deszcz ścigający się z okruszkami lodu ledwie odpadającymi z butów- i nareszcie wiosna, zerkam nieśmiało zza szyby, wychylam czubek nosa i wychylam się cała.
Wiesz, życie nigdy nie wprowadza rewolucji wtedy, kiedy byśmy chcieli(czy kiedykolwiek tak bywa, że chcemy?). Zmienia dopiero, gdy już wszystko ustabilizowane i ujednolicone w głowie, wtedy ściąga burzę z piorunami. A czy szczęście dzielone na pół będzie jak dżdżownica, której po przecięciu odrastają dwie głowy i dwa ciała czy jak wąż, który ucięty przy szyi umiera?(w tym miejscu pragnę podziękować K za dopięcie przemyślenia na ostatni guzik). Monopol na choroby, niedługo będzie można kupić przez Internet raka piersi złośliwy- dwieście złotych albo cukrzycę za pół stuzłotowego banknotu.
be strong girl
masochistka emocjonalna i półfizyczna, niepewnie ściskam kubek stygnący w przeciągu chwili co jednocześnie oddaje prędkość czasu. tęskny samotny wydźwięk, strach dnia następnego czyhający pod drzwiami balkonowymi. w efekcie rozpaczy wołam o pomoc do matki mojej natury o dodatkową skórę by otulić duszę gdy ta przetarta, osiemnastoletnia już i wysuszona emocjonalnie z braku witamin. moje żenujące apele nie otrzymujące wciąż odzewu w rzeczywistości zastępuję nowym futrem (w ów miejscu napominam wszystkich protestujących którzy już gotują w ustach zupę ze słów typu morderczyni; halo,halo, nie jestem bogaczką ot co moje kwiaty nie płodzą pieniędzy czekających w gotowości na wydanie i nie jestem jedynaczką. ale lubię futra no i koale. Wasza W- pasjonatka sh i umierająca na widok sieciowych metek z nowych kolekcji) o carlo bruni, chwała Ci za to że leczysz moje smutki bo nikt inny nie chce.
i czy właściwie zasługuję na miano blogerki i czy mogę się nią nazywać?
czy jak przystało na blogerkę powinnam w ten otulony spokojem wieczór usiąść przy biurku z białym netbookiem oraz wysoką szklanką latte macchiato i napisać jak mieszane uczucia siedzą tutaj ze mną w ostatnią tak wolną noc? czy dozwolone jest nie mieć tak bardzo blogerskiego białego netbooka i w dni wolne odzwyczajać się od kawy? i czy właściwie zasługuję na miano blogerki i czy mogę się nią nazywać?
przecież jestem tylko W. tak bardzo uzależnioną od kawy w zapracowane wieczory, pijącą kawę z kubka z uchem bez dna i nie posiadającą nic z kolekcji Versace for h&m. po długiej internetowej lekturze odnośnie definicji blogowych stwierdzam, że żadnej głębi filozoficznej w owym temacie nie ma. i to wszystko po to, by stwierdzić że bloger inaczej to autor bloga. tyle, czy tylko tyle? ja zawsze myślałam, że blogerki coś powinny i czegoś nie i że na to co im wypada są jakieś kodeksy i zasady. lubię sobie utrudniać życie, a wszystko dlatego że od osiemnastu lat usiłuję się w nim odnaleźć i odpowiedzieć na to kim jestem, i tak właśnie pomyślałam, że może jestem blogerką. obecnie trwa nieciągnąca się burzliwa dyskusja odnośnie podziału blogi na kategorie tematyczne, ale osobiście uważam owe przydzielanie za okrutnie niesprawiedliwie, bo dlaczego w ten sposób ograniczać blogerów i wrzucać ich do jednego słoika podpisanego konfitury malinowe? dlaczego nie można trzymać konfitur i ogórków kiszonych w jednym słoiku? przecież jestem tylko W.
winter sound of silence
dobry wieczór? czy można na wynos dwa sny nieprzerwane mało używane mało krótkotrwałe bardziej ciągłe jak cukierki z karmelem w środku i żeby były niekoszmarne i niebanalne bo niebanalność lubię bardzo. zamiast kolejnego ciastka i pączka z marmoladą może wreszcie zaszłabym w torebkową ciążę, bo nigdy tego nie robię z racji dbania o brzuch, ale jaką daje to różnicę gdy i tak o niego nie dbam? jestem mamą wszystkich swoich torebek: adoptuję wynajmuję brzuchy czynię z sieciówek surogatki. torebkowa ciąża trwa zazwyczaj tyle co usługi poczty polskiej a więc do siedmiu dni roboczych wyłączając święta bądź gdy mowa o wcześniakach to zazwyczaj od zaprzyjaźnionych kurierów DHL co daje nam trzy dni w przedziale od poniedziałku do piątku. gdy przyjdzie mi ochota za dziecko obcokrajowca wtedy też ciąża może być zagrożona tudzież przenoszona, bo trwa aż dziesięć dni wyłączając weekendy, a to najgorsze uczucie na świecie dla matki, gdy oczekuje paczki z dzieckiem codziennie biegnąc po szkole do domu i znów czuje się zawiedziona i zaniepokojona. któregoś pięknego dnia postanowiłam że sama zajdę w taką ciążę bo nie chcę już ufać nikomu obcemu, i zaszłam. od poczęcia pomysłu trwa ona już parę miesięcy, ale czuję że to ten moment gdy już obraca się główką w dół więc lada dzień się dołączy do mojej rodziny. to taki szalenie poroniony pomysł że aż strach, śpieszę się muszę przygotować jej łóżko.
powiedzcie, czy dusza może się wypalić z formy? czy może zeschnąć się jak winogrono na słońcu i stać się rodzynkiem? a nikt nie lubi rodzynków przecież
white winter
czasami zastanawiam się dlaczego los depcze po piętach zawsze wtedy gdy nogi mam już czerwone od mrozu, zawsze gdy najbardziej potrzebuję jego wewnętrznego wsparcia? moje siły są wielkości pestki od mandarynki
hush hush baby
porcelanowa lalka stojąca u mnie na parapecie od października zeszłego roku spadła na ziemię zaledwie kilka razy, przez drobnostki żeby nie ująć tego mianem narastającej głupoty. nie płakała, porcelanowe lalki nie płaczą tylko się kruszą. i nawet nie zewnętrznie bo skleiłam klejem, tylko wewnątrz. a może płaczą jak nikt nie widzi? tak bardzo boję się o nią w przyszłości, jest przecież taka krucha, przecież każde szturchnięcie może spowodować, że się rozpadnie. a tak bardzo bym tego nie chciała.
the worlds drinking from a cup
16:52 za zaparowaną szybą autobusu ciemno jak nocą w mojej szafie. wracam ze szkoły zasypiam na siedząco na biurkowym krześle przenoszę się na strefę absolutnego snu łóżkowego kocykowego i śpię aż nie obudzi mnie mama z zieloną herbatą. i znów biurko i znów pełno myśli. uwielbiam myśleć nocami mam wtedy tyle przestrzeni. i znów sen i poranek i kawa i biegiem na autobus. listopadowe popołudnia udają, że są letnie. ale w moich oczach i tak są smutne otulające obojętnością i chłodem plącącym warkocza na moich włosach, oszuści.
dziś kawa zamiast snu. czulę kładę kubek z letnią kawą na kaloryfer, „nie stygnij, proszę, bo to oznacza, że będę musiała Cię skończyć i wrócić do książek”. pilnie poszukiwany przycisk zatrzymujący czas, bo nie nadążam i nie mieszczę się w tych 24 dobowych godzinach. „W, masz szlaban na kofeinę”, wyszeptała wątroba. puszczam pawia egzystencjalnego i nie mam zamiaru przepraszać organizm za to, co mu robię. i tak bardzię lubię duże torebki, w których mieszczę całe swoje życie
skoro posiłek po obiedzie nazywa się podwieczorkiem, to czy posiłek po kolacji nazywa się podrankiem? a może po prostu nazywa się „posiłkiem po kolacji”
KARTA PACJENTA
Imię i nazwisko: Pif Paf Lat: siedemnaście i pięć szóstych Choroba: jesień udająca zimę Przyczyny: krążenie ziemi po orbicie wokół słońca, choroba wywołana wirusem prokrastynacji Objawy: zrezygnowanie, niechęć, ciągłe zmęczenie, marudzenie i narzekanie na swój kruchy los, wieczne marznięcie duszy i innych części ciała, horrendalne huśtawki niestety nie te z placu zabaw- a nastoju, nadmierna irytacja (idealnym przykładem jest denerwowanie się brakiem wolnych miejsc w autobusie, co jest dla mnie istną katorgą gdyż nie dosięgam do uchwytów dla osób stojących. trzymam się siedzeń już ściskam na siłę duszę, w czego konsekwencji wpadam na ludzi jak domino i jeszcze bardziej się wtedy wkurzam), bezsenność przymusowa, niedobór snu, w większości przypadków katar i kaszel, aspołeczność Leczenie: (w toku…) kawa najlepszym przyjacielem na smutki, pluszowy koc, zawzięte poszukiwania szalika większego niż ja sama, za duże ciepłe swetry, ugodowa walka z obowiązkami, związane włosy, mleko z cynamonem, ketonal dożylnie, Birdy, wewnętrzny spokój i ciepło P, telepatyczne popołudnia z K. Zapobieganie : zapomnij

ani W, ani Pifpaf
otwieram oczy i okno, zamarzają liście sentymenty i dusza. kawy dziś nie ma. są myśli. co wtedy, gdy ktoś topi swoją indywidualność? z płatka śniegu zmienia się w kropelkę wody i tonie w morzu. płynie tylko z prądem, jest obojętny i na wszystko reaguje jak reszta. w, gdzie jesteś? nie ma. kup mi proszę dmuchane koło ratunkowe. ale zaraz, czy tak mały płatek można jeszcze uratować? znikam, mnie już nie ma. tęsknić przecież nie będziecie. ani W, ani pifpaf
he put his hand in my hand an he told
kierowcy autobusów z wiecznym wyrazem twarzy męczenników, wprawiający w poczucie winy i obowiązku padania przed nimi na kolana za każdą próbą kupna biletu i gorącego przeproszenia za to, że w ogóle chcemy go zakupić. trochę szacunku prostacy zza kierownic i starsze stękające i sapiące do ucha o wolne miejsce kobiety, ja też jestem zmęczona; przesiedziałam osiem godzin w czterech ścianach użerałam się z egocentrycznymi nauczycielami i nie spałam pół nocy. kształcę się na wasze zakichane emerytury, więc uszanujcie to
nie zdajecie sobie sprawy z jaką ulga jest zabicie muchy po kilkugodzinnej walce mając do zaoferowania zeszyt od wosu tudzież różowego kapcia. otwieram lodówkę wyjmuję karton z mlekiem i zadzwiwiona jego lekkością po chwili stwierdzam "przecież dziś go otworzyłam". tak samo jak ludzie zamarwiają się "gdzie są moje pieniądze", ja zastanawiam się gdzie znika moje mleko i ile kawom już towarzyszyło
jesień rozmawiająca z chłodem w moich włosach, wiecznetrające niekończące się noce utopione w kawie z mlekiem. wspomniane chwile wyciągnięte z głowy jak makaron z rosołu drżące późnymi wieczorami i tęsknota jeszcze letnia w krwioobiegu stygnie blaknie z każdym kolejnym kilometrem. prócz kaszlem krztuszę się bezsennością, na zegarze godzina dwudziesta druga a ja otwieram umysł i puszkę kawy. zagryzam wargi i myślę o herbacie na długiej przerwie o rogaliku z czekoladą o piątku
tak właśnie, to jest ten moment kiedy chcę się gdzieś schować a włosy nie wystarczają
# the windy city is mighty pretty
przyswojenie stu dwudziestu kalorii na długiej przerwie w
ciągu dwudziestu minut. czy z dwóch połówek jabłka jedna może być zepsuta? czy
jedna może być gorsza, skoro są identyczne? a może tylko sprawiają wrażenie
"identycznych", a w środku są zepsute? to tak jak dwie połówki w
kwestii uczuć, pasujące na pozór a od wewnątrz dusza zjadana przez robaka.
dlatego też ludzie nie powinni postrzegać sklepowych wypolerowanych jabłek za
"ładne", powinni ugryźć powąchać popatrzeć jak leży
zawzięcie liczę ile minut zostało do końca lekcji wynik brzmi czterdzieści
jeden i pół, K. podsuwa mi kartkę z cytatem "naucz mnie milczenia
snu"; śnimy o marzeniach o tym czego pragniemy i rzeczach nieosiągalnych-
bezustannie, naucz mnie myślenia we śnie, naucz mnie nie myśleć o nieosiągalnym
bo dusza aż krzyczy z rozżalenia, naucz oziębłości egoizmu obojętności
przeczytaj proszę między rzęsami jak w zimny poranek puchnę od słów, że nie
lubię płynnych jesieni, nie lubię dźwięku mokrego asfaltu i kałuż i parasoli.
tęsknie za swoją starą pifpaf nieprzesiąkniętą publicznym uczuciowym
ekshibicjonizmem, chcę być W, po prostu tylko jedynie wyłącznie
mam czystą duszę nic nie muszę nie muszę nic
popołudniowy sen herbata i monotonia, książki zeszyty
notatki i wszystko co oznaczone hasłem „self study”. zapach monotonni wcale mi
nie przeszkadza, obcuję z myślami „zacznij się piątku, skończ wtorku” tak samo
jak wracając ze szkoły i modląc się „tylko się nie urwij od nadmiaru książek,
torbo materiałowa (żeby nie powiedzieć jakże brzydko i nie obrzucając obelgą
„szmaciana”) za trzydzieści złotych, błagam Cię”. dlaczego ja nie mogę znaleźć
czasu jak normalny człowiek na oglądanie komedii romantycznych czy przeczytanie
od deski do deski październikowej elle (pomijając kolokwialnie „przelecianą”
wrześniową)? jedynymi atrakcjami wieczorów, proszę szanownego państwa, są: krew
lecąca mi z palca od godziny, jakbym, co najmniej przecięła tętnice, cieknący
po ścianach czasowy strumień świadomości i dwa głosy zza moich ramion, z czego
jeden kuszący „wejdź na blogi, no wejdź”, a
drugi krzyczący, „że przecież już jest ta godzina, że się nie wyrobię,
że znów się nie wyśpię i będę miała podkrążone oczy i znów K. troskliwie zapyta na dzień dobry, ile spałam”. buntowałam się kiedyś i
przyrzekłam, że nie powieszę sobie na ścianie zegara, żeby mnie nie poganiał,
ale nie dostrzegłam tego, że tym sposobem wykluczam sobie możliwość na jego
kontrolę i mi się spod niej wyślizguje. dlatego więc namalowałam go farbą
plakatową, barwą mojego ulubionego głosu i czas teraz już mi nie ucieknie.
słyszałeś, P, słyszałeś?
wikked lil’ grrrls
aaliyah rozpuściła
mnie jak kostkę lodu w środowy wieczór, jak tutaj zrobić krok w przód i
się podnieść skoro śpiewa do ucha o tęsknocie, wołaniu i zagubionej
czułości? moje szczytne plany związane ze zmianą trybu funkcjonowania z
nocnego na dzienny objawia się siedzeniem no nocach i spaniem
popołudniami, taka jestem słowna, ot co
niedziela jest po to, żeby był czas na głębszy oddech i poranną leniwą kawę. dochodzę przy tym do wniosku, że nieśpieszenie się uczy pokory do wielkich rzeczy choć niekoniecznie w kwestii czekania cały tydzeń na kubek dużej słodkiej z mlekiem. może w kwestii życia może uczuć może wyborów oddających znaczenie w przyszłości? niedziele są po to aby wstawać jedenastej trzydzieści przeciągać się oddychać świeżym balkonowym powietrzem, zmywać z siebie pod prysznicem wczorajszość, chodzić w staniku majtkach i szarej za dużej bluzie po pustym mieszkaniu "bo najwygodniej", nie suszyć włosów, ze szczoteczką do zębów w buzi biec do kuchni wyłączyć gotującą się wodę. niedziele są po to by tęsknić bardziej niż zawsze ze świadomością, że muszę wytrzymać kolejny tydzień.
piąty dziewiąty dwa tysiące dwanaście
poranek bezszelestny
bezbarwny bezzapachowy, czas liczony minuta po minucie. "Ci którzy
pełgazją, nie potykają się". tęsknie za dowolnością wyboru na ciekłe
wieczory, kieszenie jak ocean pełne pomysłów tu wrześniowa niedoczytana
elle tu kawa w deucie z lenicym kocem tu patrzący na mnie sufit
wymagający wdzięczności tu szafowe porządki. ależ gdzie tam, szkolne
zeszyty wpraszające się do łóżka osiągnęły najwyższy poziom perfidności,
nie widzę nawet żalu w ich oczach, czy jakiegokolwiek "proszę" czy
"przepraszam". o wybaczcie, zapomniałam, że w tym roku szkolnym wszystko
systematycznie sypie mi się na głowę.
wszystko mnie /mówiąc kolokwialnie, żeby nie było, że jestem wulgarną
prostaczką/ wkurwia, nawet to, że żyję w mieście, gdzie nie można wyjśc z
domu bez stanika, uczesać się inaczej niż zwykle, ubrać
czerwonych spodni do pomarańczowej bluzki i żółtej torebki bo zaraz
zostaniesz obrzucona dogłębnymi spojrzeniami z podtekstem "o chryste,
spójrz w lustro", a szczytem śmiałości jest założenie pomarańczowej lub
różowej marynarki, bądź czegokolwiek rzucającego się w oczy, zostajesz
wtedy zjedzona, tylko nie wiadomo czy z zazdrości, czy oburzenia
moje zwidy i herezje
przyszły do mnie noce wrześniowe zimne wilgotne nieproszone, znów noce kiedy sypiam w legginsach i sparpetkach. to już nawet nie te same jasne ciepłe powroty autobusowe o dwudziestej czterdzięsci i nawet spagetti nie smakuje tak jak do niedawna. łapię w rękę łzy żeby nie zmoczyć beżowego kocyka, bo po co przyprawiać mu zmartwień? życie wewnętrzne moje tylko i nie tylko i życie zewnętrzne. na cóż mi ciepłe słowa otuchy wszystkich na około? jeżeli ma byc dobrze, to będzie, a jak sami w to nie uwierzymy to kiepskość. chyba boję się dni, kiedy wracam do domu o godzinie czwartej i mam ochotę zapaść w sen zimowy i tych piątków, kiedy nie mam sił po prostu na nic. pogłaszcz mnie po włosach, pocałuj w czoło i połóż głowę na moim brzuchu
dywagacje
to jest taki czas kiedy mogę jeszcze zarządzić "tylko zrobię kawę, tylko posłodzę poranek, tylko siu siu i wracam do łóżka". teraz doceniamy to, czego nie dostrzegaliśmy w śpieszącej się codzienności, że nam siebie brakuje, że nie mamy dla siebie czasu, że czas nie ma dla siebie nas. kiedy cały świat ściska za
gardło i nie panuję nad mięśniami, zwilżonymi rzęsami i zachłystywaniem
się wczorajszym powietrze, Twoim. leżę w łóżku o siódmej rano z kawą tworzącą dziś jedynie dodatek do mleka kipią mi myśli jestem niedzisiejsza czyli sobotnia nawet za bardzo. a samopoczucie poczucie samo jak? jak zużyta torebka po zielonej herbacie, taka jedna parzona na trzy kubki, to ja jestem dziś tą po trzecim. patrzę na zegarek widzę siódmą trzy patrzę za chwilę siódma cztery później mozolne pięć zawsze gdy się na coś czeka to czas się wlecze, a jak to jest, gdy się czeka na coś, czego nie będzie? czy ociągająca się godzina zachęca, by mieć nadzieję? rozczesuję włosy całe poplątane w snach, wypadają sny razem z włosami ale muszę szarpnąć. boli mnie dusza. chciałabym, żeby nadchodząca codzienność była tylko stanem przejściowym, znów nie będę mogła przyzwyczaić się do dziewiątki na ekranie telefonu, na
pierwszej stronie gazety, na marginesach zeszytów i w
pierwszych dźwiękach wiadomości radiowych. łyk jeden drugi piąty druga kawa na wynos w kubku termicznym.
co jeżeli zrywając maliny jedna wpadnie nam za bluzkę?
kradłam dziś maliny z ogrodu sąsiadek na ciasto. „kradłam”,
dlatego, że nie zapytam „czy mogę pożyczyć”, „czy zechciałyby mi podarować
trochę malin”, „czy są skłonne oberwać ich garść bądź garści parę i mi dać”, no
kompletnie nie wiedziałam jak mam to powiedzieć-, więc po prostu nie
powiedziałam nic. i cholerka, robiłam to tak, jakbym, co najmniej spożywała
doustnie C2H5OH pod posterunkiem policji. i muszę
przyznać, niesamowite uczucia mną targały od wewnątrz. ów czynu dokonywałam
najdyskretniej jak tylko mogłam, ubrałam koszulę w kratkę wcale nierzucającą
się w oczy i okulary przeciwsłoneczne i przeciwmakeupowe. co jeżeli zrywając
maliny jedna spadnie nam za bluzkę? mogłabym się o to marwić gdybym miała duży
biust, bo w takiej sytuacji malina wpadłabym strasznie głęboko, usiłując
wyciągnąć ją paluchem rozgniotłaby mi się pomiędzy stanikiem, a bluzką, bluzka
miałaby czerwoną plamę, ja brudne palce, musiałabym oddać ją do prawie i
generalnie same kłopoty, nie polecam mieć dużego biustu, polecam mieć mały: jak
podnosiłam malinę do buzi wypadła i z niesamowitą lekkością zatrzymała się na
dekolcie, ale i tak jestem pełna podziwu, że trafiła, bo mam jakże małą szparę
w dekolcie. więc wracając do tytułowego pytania, odpowiadam: jak wam wpadnie to nie wiem co macie zrobić.
dlaczego czas wydłuża się
nocami, kiedy w głowie kipią myśli i tęsknota, a mknie w te letnie noce,
kiedy mamy dla siebie zaledwie dziesięć minut spaceru gdy odprowadzasz
mnie pod dom, bo późno?
czas ludożerca pożeracz chwil czas pająk porosłam pajęczyną, dlatego go tak przeklinam.
powiędły mi siły a teraz więdną nadzieje
dlaczego nestea ma tak duży otwór i czy kukurydza hodowana przy autostradzie ma coś z kukurydzy?
poznań główny zażądał trzech złotych za kolokwialne
wysikanie się w toalecie publicznej brudnym syfiastym prostokącie metr na metra
pół gdzie ledwo zmieściłam się z torbą torebką kurtką i komórką w ręku. w
zasadzie to powinni nie wziąć ani grosza przecież mój mocz ma różne wartościowe
składniki mineralne i witaminy, bo przecież dobrze się odżywiam jestem nad wyraz aktywna fizycznie i pije dużo kawy,
a to nie inaczej jak przyprawia go o funkcję użyźniającą glebę.
myślę, że jeżeli się niszczyć to w dobrym tonie i guście,
ósme piętro zamglony migoczący poznań i parapet. melancholizować się, odurzać się słońcem, wstawać
nieprzyzwoicie późno, tworzyć chaos poczym go tłamsić,
zaciągać się cynizmem, czytać niehigienicznie, pozwalać zbaczać myślom z przetartej drogi, napajać się zapachem ciasta naleśnikowego o poranku
rozczulił mnie widok pewnej dwójki w kawiarki kinowej kiedy
wyczekiwałyśmy na seans: sztuk dwie małżeństwo klasy pierwszej niezwykle
kochające wiek dzie-więć-dzie-siąt wzwyż co aż nieprawdopodobne. mieli strasznie
dużo reklamówek torebek toreb siatek w każdej przeróżności od gazet znaczków wycinków,
które starannie i cierpliwie Pan oglądał pod lupą i przekładał na inną kupkę
Pani marudziła poprawiała moherowy swe ter siwe długie loki do ramion i
spódnicę, Pan totalny outsider tuż na okularami spoczywającymi na nosie napis
"mam wszystko w dupie" nawet, gdy ona krzyknęła "jak mi zgubisz
tą gazetę to nie wiem co Ci zrobię" po czym schowała do potrójnej
reklamówki i zawiązała na supeł, on na to czule odpowiedział "nie,
skarbie, nie zgubiłbym". Pani dodała, żeby pilnował biletów (co się
okazała szli na ten sam film co my) i poszła do łazienki, zapewne przypudrować
nos. przecież to takie piękne, że potrafili sie razem zestarzeć szanować się
nawzajem kochać i zamiast leżeć przed telewizorem oglądać wiadomości i narzekać
"ojeju jak mnie bolą plecy mam żylaki jestem stara mam za niską emerytuję
boję się umrzeć"- idą do kina na film jakże młodzieżowy trochę zboczony i
śmieszny. przecież to takie rozczulające sam widok piękny, a jakie
przemyślenia! nie chcę już umierać młodo. starość też może być cudowna, tylko
się ze mną zestarzej, P
halo,
wrocławiu! wracam dziś do domu, dlaczego miałbyś mi ułatwiać życie, rozkopałeś
całe centrum zrobiłeś objazdy stworzyłeś korki, żebym wracała parę godzin
dłużej, o ironio, dzięki Ci
. deszcz witający mnie w kotlinie goniący słońce zaburzający
niebieską czystość, bo jak niebo gładkie to wewnątrz mnie robi się jakby
stabilniej. nienawidzę pić nestea w aucie, bo nie mieści mi się do buzi
cały otwór, a jak się nie mieści to się wiecznie oblewam albo krztuszę. nie
rozumiem, co miał na myśli twórca projektując butelkę.
a to jest jeden z takich wieczorów gdy tylko carla bruni i ja, a cała reszta jest "na nie"i tak do poniedziałku
zaglądnąć w duszę i w dodatku zrobić jej zdjęcie
tylko jedna osoba
potrafi patrzeć w moje oczy tak głęboko pomijając wszystkie warstwy tkanki
narządy żeby zaglądnąć w duszę i w dodatku zrobić jej zdjęcie zapisując automatycznie na dysku twardym w swojej pamięci. wcale nie
zgadzam się z określeniem Marqueza, że „miłość duszy jest od pasa w górę”, bo
dusza wypełnia całe ciało jak krew; udo łydkę wątrobę język nos i pępek. a jeżeli
mocno uwielbiać to w całości od najmniejszego palca u nogi po ostatni
nieposłuszny sterczący włos na czubku głowy, gdy nie chce się rozczesywać
szpitalowi zawdzięczam
tygodniową dietę płynną w postaci jednego jogurtu i kilku biszkoptów maczanych
w herbacie dziennie i jakby bardziej widoczne obojczyki słabnący puls słabe krzepnięcie
krwi porcję leków co osiem godzin regularnie, bo ból budzi trzy razy w nocy,
dziękuję bardzo. łóżko-łazienka-łóżko-łazienka-ice tea green
ps. głupia łudziłam
się, że to tylko „chwilowy zastój”, że Amy zaraz się podniesie i wyda kolejny album,
aby sprawić przyjemność moim uszom. no ale się nie podniosła, to się musiało
tak skończyć. żegnaj dwudziestko siódemko, witaj ponownie back to black
pokaż kotku, co masz w środku?
kiedy
johm legend i jego we just don’t care mogę pisać chociażby o tym, jak bardzo
lubię tonic z lodem i cytryną wieczorami. jak już gaśnie słońce i wszystkie
światła i lampy lubię usiąść i nie czując nic pomyśleć czy jestem zadowolona ze
swojego życia czy tak naprawdę niczego nie żałuję i na co właściwie się składa
pojęcie „mojego całego świata”. i wiecie, mój świat jest malutki. pytanie
brzmi, jak wyszukać go na weheartit.com?
Dominika: „vintage hipster beautiful coffee cigarettes retro”
Ewa: „long blond hair big green eyes heart lips
skinny fashion mystery individuality sexiness femininity honesty independence”
Kinga:
”pif paf”
Piotrek:
“wszystko mi się z Tobą kojarzy ”
Ola: " hairspo thinspo blonde look good
taste perfection jealousy designer clothes beautiful words loss happiness (od kiedy P) mystery leanness detail beautiful eyes delicacy intransigence charming emotional
full womanhood"
Iza:”cute woman long hair girl retro pastells
poetic smile”
Ewa W.:"girl beauty hair blond fashion make
up"
pifpaf: " blogging pifpaf coffee
green tea fashion magazines hair eyeliner cigarettes loiter uncertainty lazy weakness sensitivity tenderness emotional hedonist Pjotrek"
mówiła dla was Weronika mierząca metr pięćdziesiąt osiem, ważąca tyle co penis słonia w erekcji i pisząca te bzdury, które musicie czytać już dwa lata. podziękowania ukłony i całus w czoło dla wszystkich wymienionych wyżej
time is illusion, yesterday can be so far away
lubię jeść śniadania na blacie kuchennym stojąc w rogu
opierając się o szafki, bo zazwyczaj tak ze mną bywa, że zanim przygotuję
posiłek już się nim najem od samego patrzenia i próbowania. ale prawdą jest też
moja nienawiść czasowa do tej samotności, nie lubię jeść sama. i za każdym
razem patrzę na stół, bo przecież całkiem niedawno był P, kakao i bułki z moim dżemem. czuła jestem też na wewnętrzne ciepło i tak bardzo to lubię w swoim mieszkaniu,
za oknem pachnący listopadowy chłód niebo ubolewa i wylewa wszystkie swoje
smutki Raul Midon opowiada o tym, że czas jest iluzją i atmosfera poczucia
bezpieczeństwa wisząca nade mną jak burza podobna do tej, gdy towarzyszą mi
drugie ramiona. nie wiem czy wspominałam, że lubię obserwować ludzi. nie ma w
tym nic wścibskiego czy też na domiar złego podejrzliwego, to tylko czysta
ciekawość reakcji an otoczenie, to jest przecież takie niewinne. tak bardzo bym
chciała zaglądać w cudze głowy obierać z myśli jak grejpfruta i studiować każdą
część na nadziei znalezienia pestek, bo przecież czasem się zdarzają, prawda, księżniczko z onetu? możecie w okrutny sposób nazwać mnie nieufną egoistką
wrażliwą jedynie na swoje uczucia, ojej, ufam naprawdę niewielu, nazywajcie to jak chcecie; każdy ma
przecież swój własny słownik alfabet ulubiony jogurt sposób postrzegania świata
ludzi uczuć, ja wybrałam opcję light
nie proszę przecież o pomoc, mam dwie ręce sklejam się sama
poranki jeszcze chłodne niezadowalające oddech ciężki
szklany i porcelanowy, bo kruchy. muszę sięgnąć prawą ręką by przymknąć drzwi
balkonowe nie wpuszczać dymu papierosowego letniego wiatru i pilnować żeby nie
uciekł Twój półprzeźroczysty już, nieśmiały, niemal niewidoczny zapach, z
którym sypiam od dwóch wątpliwych dni. czuła jestem na szczere słowa na
ich piękno wewnętrzne. więc proszę, uszanuj to
you never know what you are missing untill you try
kiedy tracisz nadzieje we śnie, pozostają Ci już tylko bezsenne noce. i teraz już sama nie wiem czy bardziej zakochałam się w całym krążku chillout in black od radia ram, który otrzymałam od M. czy w samym wokaliście, który chodzi za mną od rana i nie ważne czy do kuchni, czy na balkon. gdyby tylko john legend zechciał częściej śpiewać do ucha tak niesenne kołysanki. nie lubię wapna musującego z witaminą c i nienawidzę gdy ktoś usiłuje zabrać mi to, co moje i już kiedyś to udowodniłam. kochany nastroju, powiedz mi, gdzie jesteś?
nastój: brak humor: uciekł dusza: pokruszona, pognieciona, niedowyprasowania w najbliższym czasie pierwsza kokarda naścienna z grejpfrutowej ściany: odklejona, spadnięta na podłogę chęci do naprawy siebie i kokary: zero wło związane i pogniecione jak dusza kawa: nadpita, zostawiona skrzynka odbiorcza: pełna, a przesiąknięta pustką. to jak, jak uczucie samotności wśród ludzi jedyne, czego chcę na chwilę obecną: świętego spokoju i snu
pocałunki, które palą łatwopalne usta
tęsknota wisząca w powietrzu uwiera, w głowie pocałunki,
które palą łatwopalne usta jak propan butan, amy winehouse umilająca zakupy we
włoskim supermarkecie, uniki patrzenia na zegarek, bo tutaj czasu sie nie liczy.
kilkudniowy dom i rimini włoska stolica butów giuseppe zanotti. nie zdążyłam
zatęsknić za polską, tylko za jej przenośną częścią (a nie wiedziałam, że
narkotyki mają nogi i ręce i odgarniają mi włosy z policzka, zawsze). włosi
rozmawiać potrafią jedynie o jedzeniu brak mi tego filozofowania i czegoś
innego od wina do każdego posiłku w ciągu dnia w ilościach litrowych. mogliby
uczyć sie od polaków poczucia humoru i imprezowania i może depilacji pleców.
włosi są nieśmiali i ograniczeni; zapytaj włocha co wie o polsce, a teraz
polaka co wie o włochach? miesiące opalania anemicznie bladych nóg aby
rozkrwawić i stłuc kolano zedrzeć francuski pedicure i buta na włoskim rowerze
retro bez hamulców po białym winie. zachód słońca w półróżu siedzi mi na
kolanach; chciałabym mieć w sobie tyle spokoju, co popołudniowy adriatyk, ale
przecież nie potrafię gdy jesteś tak daleko ode mnie. buonanotte!
dream a little dream of me
połamane skrzydła można próbować leczyć- swierdza to W., od dzisiejszego wieczoru posiadaczka połamanego w trzech miejscach paznokcia. nie wybaczy tego swoim zębom, układowi nerowemu i stęsknionej duszy. i tak nigdy nie wybacza, więc co za różnica? ani przedmiotom,ani częściom siebie samej, ani ludziom. a teraz konkursik; spójrzcie na swoją dłoń i wyliczcie ilu osobom możecie zaufać. i co, druga ręka się nie przydała? oups
nigdy nie zrozumiem idei strojenia się każdego niedzielnego mozolnego popołudnia do kościoła, podkreślam stojenia się. mój sąsiad ma jeden gajer który zakłada na wszystkie śluby, komunie, chrzciny i do kościoła. ja chodziłabym w dresie, spiętych włosach i bez makijażu tak samo jak wynieść śmieci, gdybym chodziła w ogóle. rozumiem storoić się do Tiffaniego, ale do kościoła?
z dedykacją tudzież podpisem skierowanym do współlokatorki z ławki szkolnej czytaj naszego domu, pani z idealnymi lokami, kolorowymi gumkami na aparacie, wspołtowarzyszki porannych śniadań typu jogurt i musli jedzone palcami czy też bułka urywana i maczana w almette. i serdeczne skiski i podziękowania, że wytrzymała ze mną od września do czerwca, W.
myślenie w samotności surowo zabronione
wraz z minionym piątkiem moje życie opuściła paranoja ciągnąca się jak makaron do spagetti od pierwszego września. pierwszy tak upragniony weekend, którego myślą przewodnią tkwiącą w mojej głowie jest "uf" o wielkości płetwala błękitnego o wymiarach 26 metrów/ 120 ton wagi. odurzona jestem jeszcze dzisiejszą nocą prawie tak mocno, jak odurzała mnie kofeina przez dziesięć szkolnych miesięcy. hedonistyczne wieczory zaczynają do mnie przemawiać i dopiero wtedy gdy zagląda tu księżyć stwierdzam, że myślenie w samotności surowo zabronione. receptory szczęścia wciągają je tak głęboko, że staje się nieosiągalne. czerpię więc resztki uśmiechu z uprawy wspomnień i zaczynam żałować, że nie przytuliłam się wtedy mocniej i bardziej że nie pocałowałam z ramie sto pierwszy raz że nie zrobiłam kakao do łóżka że ta noc mogła być bezsenna. świat pachnie tak ładnie jak moja pościel od dzisiaj rana. cieszcie się życiem póki żylaków brak a macica w szczytowej
formie
ogłoszenie parafialne; sprzedam/oddam w dobre ręce; kobieta mało używana, worek na syna gatunek pierwszy, bez przejść, żylaków
brak. termin ważności: najlepiej spożyć
przed instrukcja obsługi wewnątrz opakowania wstrząsnąć przed spożyciem
i miss how close we were
mój mózg nie może pojąć dlaczego kobiety mają poczucie, że inni ludzie powinni się wszystkiego domyślać, bez pytania znać odpowiedzi i rozumieć. a jak to się nie zdarza to mają pretensje. generalnie do takich nie należę. lubię klarowność (co prawda w nie wszystkich życiowych kwestiach, ale ją lubię) i zawsze, gdy mam ochotę owinąć coś sto razy w bawełnę bądź jedwab przypominam sobie o tych wszystkich irytujących kobietach. i wtedy już się określam albo przynajmniej się staram. jak każda mam zmienne nastoje, ale zawsze są uzasadnione i zawsze wynikają z czegoś konkretnego. a to, że nie zawsze potrafię to trafnie określić czy też sformuować tak aby zrozumiała druga osoba, o niczym jeszcze nie świadczy. horendalne huśtawki nastrojów, na które od siedemnastu lat narażam moją mamę, a ona tego nie lubi strasznie. mówi, że woli jak się uśmiecham. i jak mam okres to częściej się wkurzam. ale jak się wtedy wkurzam, to nie myślę, że to przez okres. po prostu się wkurzam.
szczęście z muzyką w tle
to jest niewyobrażalne jakie czerwcowe wieczory potrafią być piękne (wiem, użyłam do bólu banalnego słowa). kiedy głośniki zajęte (http://soundcloud.com/matthew_clarck), towarzystwo ciepła przynącego z balkonu, letnie powietrze, niebo różowe głowa przepchana myślami i to tymi pozytywnymi. wyszłam na balkon,a przeskakując próg przez chwile poczułam się młodsza. stanęłam na szczebelku barierki żeby być bliżej nieba, a po chwili dotarło do mnie, że niebo mam tutaj. że przecież jestem tak bardzo szczęśliwa, że nic więcej mi nie potrzeba, że życie jest takie piękne, (rety,jak banalnie brzmię). uwierzcie, nie jestem mało wymagająca. to jest ten moment, kiedy mogę w pełni stwierdzić, tak mało znaczy tak wiele. tak wielkie szczęście siedzące cichutko tuż obok dwa lata, którego nie potrafiłam dostrzec. niesamowite. "najciemniej pod latarnią", tak mówią ludzie
flitting between the real and aloof
są takie chwile kiedy chciałabym się odciąć od całego świata chociażby nożyczkami do papieru. i żeby to było takie proste jak przecięcie kartki w pół. i żeby to było możliwe.
kawowe popołudnie przeniesione na wieczór, sen był za wcześnie to i kawa spóźniona.
artist
a ja myślę, że aby móc wyrazić się w kwestiach muzycznych danego gatunku czy też przedstawiciela trzeba go poznać i czasami usłyszeć na żywo. i dopiero wtedy "lubić" czy też "nie lubić". osobiście chylę głowę przed tomaszem stańko, szanuję go okrutnie
progesteron mi spadł
kochana macico!
przepraszam, że przez dwa tygodnie przygotowywałaś się na przyjęcie zarodka, a
nikt Ci go nie dostarczył. wiem, że zaniżam średnią wieku samotnych matek, ale
nie jest mi jakoś specjalnie przykro z tego powodu. Pamiętaj, że kara w postaci
trzydniowego uczucia "zaraz umrę", ketonal na receptę, brak nastroju
i spadek progesteronu nie sprawią, że przestanę Cię nienawidzić. musisz
wiedzieć, że jak mi źle to nawet jogurtowa milka nie pomaga.
nie złuszczaj się już,
Twoja W.
jestem rozlaną rtęcią
te
piątkowo sobotnie popołudnia są takie ciepłe przesiąknięte czułością przeleniwe
senne mozolne wspólne. jedynym wysiłkiem jest przekręcenie się na drugi bok, uśmiech i przeczesanie
włosów. nawet przez zamknięte powieki czuję na sobie Twój wzrok. drobnostki podanie mi kołdry przykrycie gdy zimno pobudza czułość. a jestem dziś rozlaną
rtęcią trującą, parę pięter nad rzeczywistością.
wiecie, ktoś bardzo ważny mi powiedział, że biorąc na siebie
zadania, które realizujemy bez większego wysiłku wpływają na monotonię naszego
życia. tkwiące w nich poczucie bezpieczeństwa i pewność, że „na pewno sobie
poradzimy” okrutnie nas ogranicza. dopiero, gdy wyznaczamy sobie cele większe
od nas, choć trochę „trudne”, wymagające od nas wysiłku i silnej woli- czujemy,
że się rozwijamy
OH MY DIOR
tak bardzo was uwielbiam, dziewczyny, w długich swetrach rozciągniętych, w męskich marynarkach, boyfriendowych koszulach i legginsach, w spiętych włosach niechlujnych kokach, w kolorach pastelowych, w nude, długich warkoczach do pasa, najlepiej blond. obojczyki, nadgarstki, kości biodrowe ojej mam ochotę podejść i powiedzieć, jak ładnie wyglądacie. cholerka, podobają mi się dziewczyny. ale może dlatego,że te te są w moim typie, do wody z cytryną do płatków do jogurtu- do zjedzenia. OH MY DIOR!
honey, i’m home
chłód emocjonalny beznamiętość półsen hibernacja uśpienie wyciszenie przeszywająca pustka doczuczająca cisza grejpfrut czerwony jedna sztuka na pocieszenie o północy. noszę swoje rzęsy w portfelu "na szczęscie"
byle do autobusu o piętnastej dwadzieścia byle do popołudniowego snu byle do czułej soboty całusa w czoło byle do P.
jutro zapewne docenię
jutro zapewne docenię to wszystko, na co dziś mam czas. na julię marcell na balkonową kawę na zadymiony oddech łapanie wiatru przed południem i mozolne przepuszczanie wiosny przez palce. docenię małe przyjemności czerpane ze słońca rozciągniętą senną koszulkę zakrywającą uda dni bez makijażu spięte włosy czyste rzęsy rozczochrane brwi night of the living dead dander carousel fear of flying
powiedzcie proszę życiu, że mi tak dobrze
serce bije z prędkością 100 tęsknień na minutę
powiedz mi proszę, jak to jest z tą wewnętrzną bezsilnością?
spowodowana tęsknotą, potrzebą odczuwania bliskości, czy samego bycia obok.
jestem uciążliwa i ciężkostrawna jak cheeseburger zjedzony później niż 2
godziny przed snem. gubię godziny i dnie pomiędzy książkami i ciepłą kołdrą.
wszystko byle zagłuszyć swój umysł, co ogranicza się do wtopienia w materię
mojego łóżka. serce bije z prędkością 100 tęsknień na minutę
ojoj
dzwięk gotującej się wody czajnika jest moim ulubionym. biały kubek z kwiatki, którego dno oglądam jedynie przy wyciągnięciu z szafki,bo nigdy Cię nie dopijam, kawo. a muszę przecież stanąć na palcach, by dosięgnąć. i dzwięk stukania paznokciami o klawiaturę,bo opuszki za daleko i dzwięk wibracji telefonu i dzwięk mętliku w mojej głowie. czuła jestem na dzwięki dzisiejszego wieczoru.
drogi nosie, mam Cię serdecznie dość. płaczesz na czerwono od dwóch godzin, brakuje mi chusteczek, a mama później marudzi,że jestem słaba. a ja przecież tak bardzo chcę to ukryć
jak mam się uśmiechać gdy dusza kaszle?
wygoniłam foobarowe towarzystwo, w mojej lodówce mleka brak a więc kawa czarna o gorzkim zapachu kofeinowym narkotyzujących dymiącym grejpfrutowe ściany i moje płuca. jak mam się uśmiechać gdy dusza kaszle? chciałabym się chwycić pewności wiszącej na nitce, ale nawet nie dosięgam. słońca nie chcę deszczu też ani nieba ani błonnika z jogurtem naturalnym 0% tłuszczu. obok mnie na łóżku egoizm indywidualny. a jeszcze wczoraj mówiłam do P, że "moje długotrałe szczęście jest podejrzanie długotrwałe", a on chcąc mnie pocieszyć "nie, no co Ty, nie mów tak"
dla hedonistów liczy się tylko szczęście "prywatne", (doznania innych ludzi są niepoznawalne wręcz mają je w nosie). i tak myślę, że szczęście można osiągnąć poprzez chwilowe przyjemności, a to co nazywamy "długotrwałym szczęściem" jest przewagą przyjemności nad bólem. szczęście jest aktywne, tj. jest stanem czynnym umysłu/ducha/duszy, nie polega natomiast na braku cierpienia. ważne są doznania teraźniejsze, sprzed chwili, sprzed wczoraj jak moje poniedziałkowe popołudnie. to co było, ani to co będzie nie ma znaczenia. rozkosz musi współgrać z rozumem, to znaczy, że to nie człowiek ma się poddać rozkoszy, ale rozkosz człowiekowi. to takie mądre, kurcze. HEDONISTKĄ JESTEM. ale nie taką stuprocentową, czy coś. bo jednak we mnie siedzi to co się wydarzyło i szumi w głowie przyszłość, ale szybko zapominam
pozdrawiam gorąco hedonistów. a nie, przepraszam, nie pozdrawiam, bo mam ich w dupie
pif paf
dzień dobry, chcialam powiedzieć, że tak bardzo lubię panią ewę z http://allabouteve1.blogspot.com , że aż brak mi tchu i słów bo przecież jest najpiękniejszejszą blogerką na dolnymsląsku. ale jestem zła, zachowam się teraz jak dzieczyna z blogspota ot co


dlaczego?
lubię takie poranki pachnące wczorajszym dniem, przesiąknięte rozczuleniem sprzed czterdziestu ośmiu godzin, bo przecież musi wystarczyć aż do poniedziałku. palce i grzanki i poranki powolne mozolne utopione w dżemie malinowym. poranki kawowe blade tak bardzo niezależne i beztroskie. zastanawia mnie, dlaczego ludzie tak często się gubią w uczuciach, miotają mieszają i podejmuję złe decyzje. dlaczego wszytsko, co między ludzmi jest tak kruche jak porcelanowa filiżanka do espresso macchiato?
tak bardzo
włosy mam jeszcze zimne i mokre pachnące wczesnowiosennym deszczem, przeczesane palcami, niezdarnie spięte. przemoknięte ubrania, buty i dusza. ja pod kocem, gubię się w myślach i za dużej koszulce. wracałam późniejszym autobusem z johnem mayerem, rysowałam po zaparowanej szybie, ręce miałam przemarznięte, bolące przeziębione nerki i tak bardzo mi było wszystko jedno co się stanie ze mną za chwilę. granatowy dkl starannie mnie ochlapał i nawet mnie nie zapytał "przepraszam, czy mogę pobrudzić Twoją nową torebkę?" tak bardzo wszystko jedno-powtórzyłam. torebka okazała się nieważna, ją mogę wyczyścić, a brudne moje wewnętrzne ja- zostaje.
moja tęsknota dzieli się na fizyczną cielesną hedonistyczną i psychiczną wewnętrzną uczuciową bardziej,
nie wiem jak wasza. druga z kolei przesiąknięta większą ilością wartości, jak mój sweter Twoim zapachem po wspólnym wieczorze
oversize
cześć, jestem bezimienna i mój lekarz mówi, że jak coś w Tobie siedzi, to najlepiej to wyrzygać. a więc rzygam: zastanawialiście się kiedykolwiek, jak bardzo zmieniłby i namieszał w waszym życiu jeden odmienny wybór w przeszlości? zły niekoniecznie, tego przecież nie powiedziałam. po prostu inny, inny sam w sobie. tak, znów zjadłam własne paznokcie zastępując wszystkie posiłki dnia. tak, dobrze mi z dietą białkową, dobrze mi z kreskami, w wiecznierozpusczonych włosach, z tysiącem torebek, z piętnastoma kawami dziennie, dobrze mi bez snu, dobrze mi z bezsilnością, ze słabościami, dobrze mi ze starą sobą. wcale nie chcę być silna. przepraszam, że lubię swoje towarzystwo sam na sam
FUCKING TRUE
gdyby wymogiem dodania komentarza byłoby podpisanie się imieniem i nazwiskiem ich liczba na blogach zmniejszyłaby się o 50%

jesteś moim narkotykiem twardym
moje uzależnienia się dzielą na te miękkie i na te twarde zupełnie. twarde są najbardziej przyjemne i uzależniają na amen, jesteś moim narkotykiem twardym
to nie tak, nie tak
tak bardzo potrzebuję ciepłego snu ponad wszytsko czerwonej herbaty niechłodnych poranków spędzanych na parapecie niepośpiechu spokoju pewności czułości przenikających słów chwil mogących trwać wiecznie i adele
mniej dylematów kaw problemów myśli o jutrze i przyszłości. przysięgam, mam dość

adele.mp3
tak
trudno jest mi pisać jak dawniej o nijakich chwilach samotnych oddechach i
spostrzeżeniach. ktoś z niezwykłą lekkością się wdarł i skradł obszar
niezamieszkany we mnie zwany pustką pomieszkując sobie nie płacąc czynszu od
czterech miesięcy, co jest karalne. naślę komornika, złotko.
(sama
się sobie dziwę, że wychodzi to z moich ust); nie gniewam się za tą kradzież
wcale ani za zaburzenie ciszy porządku wewnętrznego. zaraz, jakiego porządku, a
może wręcz przeciwnie, stworzenie równowagi? cieszę się, że ktoś sobie żyje
przy mnie. to okrutnie wygodne mieć drugą parę kolan i ramion.
myślałam,
że się nie nadaję. muszę teraz odnaleźć się na nowo
70 centymentrów blondu
susząc włosy ręcznikiem i rozczesując je najwolniej jak się
da popatrzyłam w lustro i stwierdziłam, że przecież jestem okrutnie nudna pod
względem włosów (nudna- tak, wiem, że bardzo banalne słowo, ale niestety oddaje
w zupełności moje realia). dlaczemu, do jasnej cholerki będąc posiadaczką siedemdziesięciu
centymetrów blondu nic z nim nie robię? mogłabym przecież czesać warkocze,
kłosy, kucyki, koki, loki, fale podpisać je wsuwkami na bok lewy prawy w
górę, myć co drugi dzień nie przejmując się niczym i nie niszczyć ich
suszarkami wcale! ale nie, bo, po co zaoszczędzać tyle czasu? wolę myć, dbać,
poświęcać im co rano osobne pół godziny, wyczesywać, nosić wolno rozpuszczone,
idealnie gładkie i nieodstające. jestem nudna włosowo, amen
serio?
czuję się cholernie sama. nie dlatego, że się nie widzimy. dlatego, bo wiem, że dzielą nas godziny, a nie kwadrans drogi na stopa chociażby
ojoj
kanapka z dżemem truskawkowym na lepszy dzień i widok dziesięciu pustych kubków po kawie jakby poprawiła mi humor. kolejna z mlekiem bez cukru o dziwo, odbijam się od lustra do lustra i powtarzam, że "chcę" i "zrobię to", bo przynajmniej nie przyprawia o mdłości jak "powinnam" i "muszę" <rzygi>
przemarzłam bo skończył się ciepły sen
przemarzłam, bo skończył mi się ciepły sen. i znów początek kawowych wieczorów i naukowych orgazmów, proszę państwa! I tutaj pojawia się mój problem, aczkolwiek domyślam się, że nie tylko /mój/. to co odróżnia mnie od pospolitego lenia automatycznie naznacza wyrzutami sumienia, samo-złym-poczuciem czy też wszechogarniającym niepokojem. chorobliwa tendencja do przekładania priorytetów na później, na ostatnią chwilę to nie inaczej jak pro-kra-sty-nacja! i od dziś tym będę się usprawiedliwiać w szkole. na każde „muszę” dostaję gęsiej skórki i stosuję bierny opór. „powinnam dziś wziąć się za historię”- uruchamiam podkłady silnej woli, żeby to zrobić, ale może lepiej odłożyć to do jutra? pokusa jest okrutnie silna, ratuje mnie tylko świadomość, że jutro tak samo nie będzie mi się chciało.
darmowy zapis bezcennych chwil- jak to wspaniale, że głowa to najlepsza pod słońcem pamięć przenośna, na niej zostaje wszystko co porządane przez duszę w danej chwili. po cóż mi pendrajwy? w moim świecie nie ma zima, wiatru, czy śniegu- słońce we mnie już od trzech miesięcy. aż chce się napisać, że kolejny samotny wieczór uciska mnie w brzuch, ale wystarczy cofnąć się o parę wersów; jakiż tam samotny, no przecież czeka na mnie zaległy rzym starożytny tripeptydy i reszta kupska.
nocami łatwiej jest grzebać w sentymentach, na zaciśnięte wargi pcha się pytanie, gdzie ten czas, kiedy nie mogłyśmy wytrzymać bez siebie zakichanej doby? leżę na kaloryferze, a oczy w mokrym miejscu
ach tak!
niektórzy mówią, że smsy niczego nie oddają i nic nie znaczą. a moje są wręcz przeciewnie- w dziewiędziesięciu procentach przemoknięte czułością, w pozostawych dziesięciu czymś innym, nigdy nie są puste nieistotne czy niepotrzebne. ale są też łatwym przyrządem do kłamstwa, są takie naiwne. pisząc coś masz w głowie myśli zupełnie do tego sprzeczne, a jednak nie stanowi to jakiejkolwiek przeszkody czy powodu do zatrzymania. ja nie posiadam na szczęście takiej umiejętności rozróżniania tych stanów, dlatego też uważam się za szczęśliwszą-żyć w niewiedzy czasami jest łatwiej.
źle się dzieje, gdy cokolwiek idzie nie po mojej myśli. moje paznokcie właśnie mi wykrzyczały, że mnie nienawidzą za to jak je traktuje.
,
Ja 20:30:41
nie ma w tym zadnej filozofii, po prostu jestem cierpliwa. z resztą to jest tak jak z kawą- jestem od niej cholernie uzalezniona, nawet jak jest za słodka, za zimna za gorąca nie taka- i tak ją wypiję, bo wiem ze bez niej sie nie obejdę.
Ja 20:31:17
poza tym jak się bardzo lubi, to się akceptuje wszytsko
Ja 20:31:27
i albo Cie lubie calego, albo wcale
looking for a dream
przepiękny piątkowy poranek, słońce obudziło mnie tuż po ósmej przynosząc przegenialne wieści i o dziwo, wcale się na nie nie gniewam. ciepło kominka, zapach rogalików z dżemem i cappuccino ze świeżo mielonej kawy. zapraszam na śniadanie!
dodatkowe dwa centymetry do kolekcji moich stu pięćdziesięciu sześciu ku mojemu zaskoczeniu sprawilo, że skakałam z radości. skrzynka odbiorcza kipiąca sympatią i świadomość siedząca w mojej głowie co rano, jak wiele mam, a nie potrafiłam dotychczas tego docenić. wracam do tych wiadomości, za każdym razem, kiedy chowa się mój uśmiech- d z i ę k u j ę.
nad wyraz upojnie
dla mnie, w ostatecznym rozrachunku jest prawdziwym geniuszem jako dowódca; być może jeżeli nie weźmie się wszystkiego pod uwagę, najznakomitszym wodzem, jakiego widział świat. dar szybkiego działania, improwizacji, stosowania rozmaitych form strategii; jego opanowanie w chwilach kryzysu(jak dzisiejszy), umiejętność wyplątywania mnie z najbardzej beznadziejnych sytuacji, jego mistrzowska orientacja w terenie(oraz ta inna rownież, terenie mojego łóżka) i psychologiczny talent przenikania moich intencji i kolejnych kroków. mój mistrz dzisiejszej nocy, towarzysz, mentalny kochanek pierwsza klasa. w dzisiejszy czartkowy wieczór oddaję się w całości aleksandrowi macedońskiemu
faza delta
zaczynam dostrzegać jak wiele rzeczy uległo zmianie, a ja próbuję odnaleźć resztki starej siebie, no bo przecież dalej nie sypiam nocami, moje fazy snu są rozproszone po wszystkich kątach mojej głowy średnio do trzeciej/czwartej. wciąż moje ciało domaga się kofeiny każdego ranka porcji trzy. nie potrafię się obejść bez moich dziewczyn, torzyszek sobotnich godzin wieczornych (wyłącznie sobotnich ze względu na to, że ewa wyjeżdza z powrotem do wrocławia i nas zostawia- a bez niej to przecież już nie to samo!), które pewnie mnie już nienawidzą za wczorajszy dzień, otóz moja postawa wobec świata zewnętrznego była naganna- nie potrafiłam słuchać, wczuć się i zrozumieć cokolwiek, bo byłam myślami gdzieś indziej; w sobie bądz zupełnie przeciwnie,ale to jest kwestia sporna. przepraszam po stokroć- to się już nie powtórzy. niepozornie, a w rzeczywistości umieram każdego dnia gdy nie przebiegnę się po sąsiedzkich blogach i niesąsiedzkich, które podziwiam. zakup następnych torebek rozplanowałam w kalendarzy na trzy kolejne miesiące do przodu, bo cóż ja mogę za swoje marne comiesięczne wynagrodzenie za sam fakt, że próbuję się uczyć. przepiepszę wszytsko pierwszego dnia, a przez następne dwadzieścia dziewięc się tym dołuję. uwielbiam dostawać paczki, a ze względu a to, że nikt mi nie chce ich wysyłać, sama robię zakupy przez internet, aby pózniej czerpać przyjemność z otwierania ich i samych domysłów w trakcie "ciekawe, co to?"
wciąż okrutnie szybko się uzależniam; od nowej różowej pościeli w kwiaty, która sprawia mi tyle radości, od nowego kubka, eyelinera i brzoskwiniowego różu, szarego szalika i pjotrka.
malutkie zmiany odzdziałują na mnie ze zwiększoną siłą, bo jestem strasznie krucha, zupełnie jak ciastko.
uwielbiam to zdjęcie, nie mogłam się powstrzymać.
,
wbrew pozorom uwielbiam
jesienne wieczory, złe nastoje mogę umilać pluszem szlafroka i herbatą. łatwo
sie przywiązuje i zakochuje od niedawna w rzeczach, ludzi natomiast nie mam w
zwyczaju kochać. przedstawiam wam dziewczynę pjotrka, niejaką lykke li http://www.youtube.com/watch?v=RQJpg8QZA3o&feature=related mocniej
lubię jej głos, niż ją
natomiast


fox box
http://www.youtube.com/watch?v=TLUY0Fww1is&feature=related
ten album jest dowodem na to, ze w polsce mamy wiele tak utalentowanych (i niestety nie wszytskim znanych )zespołów alternatywnych. dopiero go znalazłam, a juz mi przypadł do gustu. jak ja uwielbiam słuchać noviki. nie ważne, czy śpiewa ze smolikiem (t.time) czy też tworzy pamietny duet tricks of life feat squbass (słyszałam ich właśnie razem na żywo kiedyś bardzo dawno temu i byłam zaczarowana). a zdarzył się jej nawet fisz. kolejnym przykładem jest drugi solowy album lovefinder z bodajże początku roku. aaa, pamietam, bo premiera była w moje urodziny. potrafilam słuchać go w kółko, okrutnie mi się podoba. tak więc fox "box" moze byc ciekawy, te nazwiska na okładce coś znaczą. peszek mnie szczególnie urzekło. az się samo nasuwa na usta, dobre, bo polskie. / fox "Belly of the Beast" (feat. m.bunio.s)
,
uwielbiam zdawać się na własną intuicję. to tak, jakby czuła, że mam wiele innych ważniejszych problemów i przejmowała inicjatywę w sprawach uczuć czy też innych tego typu

just one touch, now baby i believe
http://www.youtube.com/watch?v=8fj2HVYlD_4
jestem w jakiejś okropnej kropce, choruję na niezdecydowanie. podziędzy wersami referatu z polskiego szukam głupiej nadziei że życie samo rozwieje moje wątpliwości i rozwiąze pseudoproblemy
nienawidzę wybierac i rezygnować bądz szukać kiedy już znalazłam, a pragnę więcej
this time baby i will be bulletproof
pewne notatki z ostatniego dnia sierpnia zeszłego roku:
"wymijając ostrożnie kilka nie do końca umilnych zdarzeń, jestem dziś wystarczająco szczęśliwym człowiekiem. w sensie, że szczeście mi sprzyja, od ucha do ucha widoczne, jak wczorajsza jedyna, fosforyzująca gwiazda na atłasowym niebie. mówiąc w dużej przenośni, nie przebiegają mi drogi czarne koty przez szosę za domem ani nic typu podobnego. wszystko co widze wokół mnie wnika glęboko w najbardziej skryte zakamarki mojej świadomości i lustruje ją wszystkojedzącym wzrokiem."
"… przeturlałam się (zepsułam sobie nogę, co okazało się konsekwencją moich przerośniętych ambicji) do kuchni po coś do skosumowania. jedyne co wpadło mi w oko to czekolada mleczna, w dodatku z orzechami."
"[...] walające się pod nią orzechy z czekolady gniotą mnie w pośladki (zjadłam tylko czekoladę, orzeszków nie lubię, więc odryzłam i wydłubałam)."
"patrzę z niedowierzeniem w oczach na porozrzucane ubrania i widzę wczorajszy, przecudowny dzień. cóż, śmiało mogę stwierdzić, że jeśli komukolwiek uda się zdobyć większe uznanie niż świeżutki, pachnący Vogue leżący przedemną, to składam gratulacje i zwracam szacunek. blondyn skutecznie umilił mi czas, nie czułam się więc osamotiona- a gdzież. jedyną rzeczą, która mnie martwi to dopadająca mnie depresja pierwszowrześniowa (i natłok myśli, których powinno nie być. objawia się ona w przeokropny sposób. powiem tylko, że zjadłam na śniadanie czekoladę o wartości 530kcal . toż to niemalże dzienne zapotrzebowanie!"
czy rzeczywiście aż tak wiele się zmienilo?
plim plum plam
wszyscy wierni
słuchacze radia ram doskonale znają pierwszy singiel z tego albumu-
"toss your lasso", który pojawił się również na ram cafe 2 (a
sam fakt jest chyba ogromnym wyróżnieniem). ja nie mogłam się powstrzymać przed
pokazaniem tutaj "surfin safari" i "anchor up".
calutka trójka wpada u ucho, wszytskie są wręcz genialnie. o ile dobrze
pamiętam, to w zero siódmym debiutowali na którejś z muzycznych
wrocławskich stref, bodajże jesiennej. niech pani patrycja lula nas swoim
uroczym głosem, a ja tymczasem w zimny poniedziałkowy poranek zacznę dyżur na
stanowisku kury domowej.
http://www.youtube.com/watch?v=zpmAnd4ZH50&feature=related surfin safari
http://www.youtube.com/watch?v=vtBRx6qO_N8&feature=related toss your lasso
http://w725.wrzuta.pl/audio/2fPENkmmOML/oszibarack_-_anchor_up anchor up
dupa
chciałabym, aby z moich ust "kurwa" i "dupa" brzmiało równie pięknie jak u marysi peszek. u mnie nie wychodzi to tak lirycznie, nieważne ile liryzmu bym się nie starała w tę dupę i kurwę wlożyć. ach zapowiada się piekne, pachnące burzą popołudnie, naużywam więc wszytskiego co możliwe.
miałam pisać o sentymentach
grubo po dziesiątej weszłam tutaj pewnym krokiem z ogromnymi zamiarami żeby podsumować przemyślenia z całego dnia spędzonego w piżamie i podzilić się osobistymi jak nigdy dygresjami na temat przeszłości wpłwającej na moją teraźniejszość (ktora natomiast umiejętnie blokuje przyszlość). coś mnie jednak tknęło, żeby przeczytać nowy komentarz.
powiedzcie mi proszę, bo czuję się zdezorientowana. jeżeli cały dzień myślisz o jednej osobie, a nastepnie zupełnie bezinteresownie wchodzisz na swojego zasranego bloga, żeby o niej wspomnieć, a ona już tam jest- co to oznacza? nie znalazłam na to żadnego terminu w wikipedii, a przecież tak zawzięcie szukam tuż obok telepatii
,
gdyby faceci nie byli wzrokowcami, dla których (nie
oszukujmy się) liczy się głównie pierwsze wrażenie to nie musiałybyśmy spędzać
tylu godzin przed lustrem. posłużę się tutaj wyświechtanym przykładem: mając do
dyspozycji boską, seksowną brunetne i przeciętną, zaniedbaną dziewczyną,
do której będą chcieli podejść? i niech nie mówią, że najpierw upewniliby się
czy ta druga nie jest ich drugą połówką i czy po kolei poukładane w głowie.
nawet, jeśli zdobyli się na tak szlachetny krok to za moment zastosowaliby
zapewne teorię odstąpienia, odbierając niespodziewany telefon ze szpitala, po
czym pobiegliby ratować chorą na serce panią w obcisłych dżinsach, zostawiając
nowo poznaną samą. już dawno przestałam wierzyć w związki i obietnice, teraz
przestaję wierzyć w miłość.
jeść louis srać gucci wdychać
obecne wakacje skłonna jestem nazwać torpedą ze względu na prędkość z jaką mijają nie pozwalając mi za nimi nadążyć bądź nazwać można tak samą mą osobą patrząc na dynamikę i chaos w jakim żyję- you make me feel like I’m alive. aczkolwiek niesamowicie dobrze mi tkwić w gmatwaninie. nie ogarniam 24/7 równa się najwspanialsze wakacje ever
out
zastanawiam się właśnie, czy myślę
lewą czy prawą stroną mózgu? a może podczas wolnych dni w ogóle nie korzystam z
tego organu? po jakże długim okresie mierzącym prawie rok wyrwany z życia ot
tak niczym trzysta kartek z dziennika- powracam do poprzedniego wzorca. włóczę
się do trzeciej, sypiam do czternastej, jem tłuste żarcie nijak godzące się z
moją dietą i porannym bieganiem (obietnice i przyrzeczenie ukończyły termin
ważności po trzech nieregularnych razach) oraz nie mogę sobie znaleźć miejsca.
myśli przytłacza mi tysiącpięćsetstodziewięćset pustych kubków stos na stole do
uczenia się, na stole zwanym nocnym wielka kupa lakierów do paznokci, łyżeczek
po bitej śmietanie i budyniu, sztuki dwie pendrajwa i iplusa w częściach
pierwszych (!) tuż obok pod poduszką do snu- superglue klej (zwany również
kropelką), który skleja mnie czasami, gdy nikt inny nie może a wszyscy zajęci.
staniki i niestaniki na podłodze również nieułatwiające życia, łóżko
wiecznierozścielone. lokatorzy, z którymi zmuszona jestem dzielić mieszkanie
nie wiadomo z jakiej racji, wpadają w furię poprzez chaos panujący na mojej
przestrzeni. zupełnie nie rozumiem, skąd owa irytacja, gdyż mi jest w bałaganie
do twarzy i jestem na swój sposób szczęśliwa! i w obecnej chwili może przyjść
na myśl nie jednemu z was, że jedynie śpię-bałaganię-jem, otóż nie! aby
podtrzymać sztucznie nastrój konsumuję kiepskie i te mniej-komedie romantyczne
oraz romantyczne dramaty. żeby nie było: doprowadza to do głębokich przemyśleń na
tematy egzystencjalno-miłosne, dopuszczam wszelakiego rodzaju wzruszenia,
szlochania czy łzy kiedy on zostawi ją, czy też na odwrót. mężczyźni, kobiety-
wybieram mężczyzn. związki stałe i przelotne- od niedawna wolę przelotne.
kobiety ubolewają na tym, że mężczyźni dostarczają im samych rozczarowań. a
może jest inaczej? może wina nie zawsze leży po stronie mężczyzny? tylu ich
było, żaden nie został na dłużej. znikali i szybko układali sobie życie od
nowa, w przeciwieństwie do nas. to nie wina ich błędów, potknięć tudzież
niedomyśleń. może, o zgrozo, same jesteśmy sobie winne? dziwne, trzymamy w
szafach sukienki, których nigdy nie włożymy, a facetów z naszego życia
wyrzucamy ot tak. może stawiamy tak wysokie oczekiwania, że same na ich miejscu
nie potrafiłybyśmy im sprostać? ilość czasu spędzonego w stanie wolnej, czyli
związku samej z sobą jest wprost proporcjonalny do wybredności. a związek
dwojga ludzi jest jak dwa pozornie niezwiązane ze sobą; czekolada i masło
orzechowe. pomyślcie o ile łatwiejsze byłoby życie, gdyby można było
chirurgicznie usuwać złe wspomnienia, a pozostawiać w mózgu jedynie pamięć o
wspaniałych chwilach i przeżyciach. co robić do czasu, aż medycyna poczyni
takie postępy? Czy polegać na koronkowej niczym majtki filozofii przebaczania i
zapomnienia? jeśli nawet para umie sobie wzajemnie wybaczyć, czy zapomni? czy
można wybaczyć, nie zapomniawszy? gubię się jak widać ale nie daję tego po
sobie poznać, no skąd! dochodzi czwarta, skończyła mi się herbata, odpowiedzi
na pytania, których o dziwo jest coraz więcej, a stado kotów odbywa właśnie pod
moimi oknami grupowy stosunek płciowy i szczytują tak głośno, że pojawiła się
taka możliwość- iż nie zasnę. tak dla jasności: o tym, że składu ładu szyku
przecinków tudzież innych znaków czy większych liter BRAK w moich
wypowiedziach, ja sobie zdaję sprawę doskonale. ba, nawet jestem świadoma faktu
owego, gdyż jest to niesprzeczne z moimi prawami. ps. przedstawiam
państwu moje pierwsze, autorskie outfity. wszelkie prawa zastrzeżone. jeżeli chcesz
wykorzystać zdjęcia poniżej- nie pytaj, bo i tak nie pozwolę. kosztowały mnie
one za dużo pracy i wkładu fizyczno-umysłowego, aby jakiś frajer je przekleił.
a z resztą, internet się rządzi swoimi prawami..
,
przykro mi to stwierdzić, ale nie ani nie czuję tych wakacji, ani się nimi nie cieszę, ani nie jestem z siebie dumna, że zapierdalałam jak mogłam i doszłam do celu. nudna jestem. wpis o niczym, bo i nic mądrego nie mam do powiedzenia. cóż, skoki hormonalne to jedyny sport, na jaki sobie mogę pozwolić. wciąż marudzę.
chłodne kołysanki.
znów utykam w kamieniach opisu, chciałabym odtworzyć tamtą odwrotność, dziś
wydaje mi się ona niewytłumaczalna, ale widocznie w chemicznych przemianach
percepcji, które wywołują nasze reakcje pochodne, wiele rzeczy nie wykrytych
mieści się w człowieku; one to uderzają w psychikę wciąż nowym zdumieniem.
dlatego dziś nie wymyśle nic mądrzejszego, nie przeprowadzę żadnego
rozszczepienia uczuć, które mną owładnęły, gdy jeszcze patrzyłam na telefon,
gdy potem wyszłam z domu po owej zmianie, która mi darowała kilka następnych
godzin. tutaj potrzebne są słowa syntetyczne- i dlatego sięgam po notes, jest
obok, pod ręką, ciągle mnie sprawdza i teraz będzie mi pomocą. W ten dzień
zapisałam, i to była prawda, przynajmniej cząstkę dnia przed ostatnią nocą,
kiedy człowiek staje się tylko sam na siebie, w jedności bez pardonu, bez
niczego z zewnątrz. zanotowałam wówczas; co czuję? ulgę.
spałam dwie godziny. spałam- określenie spokoju tudzież odprężenia, a to była
drzemka, ołów w głowie po proszkach nasennych, ołów w gałkach ocznych,
rozsadzający powieki. przebijałam nim ekran ciemności, ale stał przede mną
pełen zwidów, teraz rozumiem, po tamtych nocach i tej ostatniej, najdłuższej
znaczenie leksykalne tego rzeczownika, bo tylko tyle się czasem widzi, nic nie
widząc. oglądałam więc ścianę, której nie było, do czwartej; ocknęłam się o
szóstej, a wstałam o siódmej, bo nie było po co przewracać się na łóżku.
poranne godziny okazały się wąwozem zdążającym w jednym kierunku. tonę w gilach
i kaszlę tak, że mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca i wszystkie inne
wnętrzności wraz z macicą.
$__$
zastanawiałam się ostanio czy nie poradziłabym sobie lepiej z modowym blogspotem niż z offowym pisadłem typu pamiętniczek tudzież dzieniczek gdzie zwierzam się światu ze swoich problemów i zawirowań typu wszelakiego pod postacią pseudoliteratury.
,
traktują mnie jak królewnę. ja pierdziu, to tylko skichane, odbębnione wrescie bierzmowanie, a tu zasypali nie nie wiedzieć czemu kupą słodyczy w tym maj fejwryt milk czoklet oraz mersi. do wyboru, do koloru niech myślą, że wstąpił we mnie duch święty i bóg wie co jeszcze. usłyszałam dziś komplement; "ładniutko Ci z tym krzyżem na szyjce"-demotywujące. ukoffany niedzielny zestaw; kawa, słodycze, stopery. może jakaś fizyka tudzież matma wpadną mi przez przypadek do żołądka wraz ze wszystkim tym co tak umiejętnie psuje zęby i kaloryfer na brzuchu.
sen o zen
przeraziło mnie total dzisiejsze minus dwa wczesnym rankiem, co naturalnie kłóci się z kalendarzową wiosną. tak samo z resztą jak majowa dawką seksapilu, jakiego domy mody nie zafundowały od lat. zaczęto lansować ponętną kobiecość gabourey sidibe. przepraszam, ale ja tkwię przy niesamowicie bezczelnym wręcz totalitaryzmie chudości, co dzień śnię o BMI poniżej osiemnastu. jestem odwieczną fanką dakoty fanning, choć i tak bliżej mi do gabby ze względów oczywistych. anorektyczna chudość wcale mnie nie przeraża, bardziej podnieca. ;c
played out by the band, love is a losing hand, more than I could stand, love is a losing hand.
co chcecie usłyszeć? zastój w sercu jak w muzyce amy winehouse. uwielbiam ją za jazz, za soulowy głos. ciągle mam nadzieję, że pomimo rozedmy płuc, konwulsji, halucynacji i połowy mózgu zaskoczy mnie czymś- na nowo.
wolę mówić o tym co lubię; wąchać świeże, ciepłe kartki ksero i (o dziwo!) swoje nadgarstki zupełnie nie wiedzieć czemu/ choć i tak mogłyby być szczuplejsze i będą- dam znać jak by co.
miłość niefizyczna już mnie nie bawi, choć i tak te-es-ka.
obrażam się na proboszcza z mojej parafii i nie daję na tacę od dziś. jeżeli raz kiedyś idę do kościoła i słyszę w trakcie kazania dobijające dygresje arcyszanownego księcia, że; "indywidualizm to nieumiejętność przystosowania się do otoczenia" i że w ogóle to fuj, to zabieram dupsko i spiepszam stamtąd, bo moje uszy nie chcą tego słyszeć! już kiedy byłam malutka i biegałam na golasa w piaskownicy, to już wtedy krzyczałam głośno, że jak będę duża to bankowo silne niezależna. odrębność osobista i postępowanie odbiegające od ogólnie przyjętych wzorów i norm też nie będzie obce. kreowanie samej siebie, prawdziwej w stu procentach może być pomysłem na życie.
spalony tost syndromem tęsknoty za dniem poprzednim
klik->ulubione->blog pifpaf; "ciekawe co ona teraz czuje, co ją tym razem boli, o czym znów pomarudzi i na co ponarzeka, pewnie dowiem się też czy ma okres." to by było za łatwe.
dawno, dawno temu; wczoraj. była sobie dziewczynka, która miała uczucia z plastiku, serce z lodu i cukrową koronę. pewnego dnia przyszło słoń(ce) i coś w niej pękło. ale (nie) była to zasługa wiosny.
biorą mnie już ostre schizy, wszystkie mniejsze lub większe stany ogólnej psychozy. zalewam w kuchni czwartą kawę, czy nagle słyszę dźwięk swojego telefonu, na który czekam od dwudziestu pięciu godzin. biegnę jak down do pokoju człapiąc głośno kapciami, a tu; dupa(y). roznosi mnie, nosi, rozprasza wciąż-coś, rusza, porusza, pęka. dowodem czego jest trwający od dnia wczorajszego dramat; jedną koszulę prasowałam czterdzieści minut, dwa razy spadło mi żelazko, rozlałam na siebie wodę i poparzyłam opuszkę kciuka. nic na siłę mi nie wychodziło; od czesania włosów po walkę do północy z łapaniem w różnych pozycjach w pokoju zasięgu internetu- wcale nie chciałam się poddać. mam za sobą przeleniwy łidend, który przedupczyłam z czasem równo; leżąc na kaloryferze-mistrzostwo wsi w marnowaniu czasu i nie robienia niczego. jestem najbardziej niezorganizowana osobą na świecie jaką znam. mam siebie dość za wiele rzeczy. /pomijając kilogram lodów w pełnej kawiarni, przy pewnym stoliku./ dopadła mnie bezsenność totalna. doszła druga potem trzecia i miałam ochotę rzygnąć do rzeki piedry. rano pragnęłam jedynie zapaść się pod ziemię tudzież naciągnąć na siebie dres- od czego odwiodła mnie jeden jedyny powód- był w praniu.
dzisiejsze poranne dwa spalone tosty syndromem tęsknoty za dniem poprzednim, którym nikt prócz mnie nie chce żyć. nie kuszą mnie już nawet kolorowe/dołóżkowe gazetki fiu-bździu. wracałam dziś ze szkoły i miałam ochotę zaczepić na ulicy pierwszą lepszą osobę i warknąć na nią przez zęby; "powiedz, że będzie lepiej. nie dobrze, ale lepiej".
have a nice day;
niewiarygodnie szybko zapierdziela czas. wyparowaly chwile, kiedy musialam trudzić się tym, jak go zabić .dzis on sprytnie wyręczył; zabijając mnie samą. co wieczór przed oczami przelatuje mi posklejany film; memoiren. nie wiem, dlaczego aż tak często do nich wracam. nie omieszkam również skomentować rozpierduchy za oknem. siedemnasty maja macha do nas z kalendarza, żółtego grejfruta na niebie;jak nie bylo, tak nie ma- toż to skandal.wypinam się więc na panią wiosnę, robię strajk; noszę krótki płaszcz i riboki. mam was w nosie.
to nic, że jest marzec, a ja piję kawę w kubku z mikołajem. po prostu wszystkie inne są brudne, a ja mam takowy kaprys. (jest jeszcze opcja numer n; zima mnie /opętała omotała zawładnęła mną/ od środka). nimm2 jeden po drugi, kochana kawcia i historia- mniamuśnie. no to lecim. <3
forever girl with a hello kitty smile.
piąteczek, sobotka, niedzielka, poniedziałkowy morning; i tak wszystko zlewa sięw jedną całość jak whisky z colą. łóżko, herbata, kibel, łóżko, herbata. różową poduszkę można wykręcać w rękach jak od razu po praniu, tudzież odwirować w pralce. waga w dół, poczuciesamo mam jak zaniedbany kilkudniowy sim. głowa mi pęka, przemyślenia myślenia pomysły wylewają na kołdrę za każdym razem, gdy wykonam jakiś ruch obrót. rozrywana jestem na kilkanaście stron. doprawdy, już tak jest, że jeden ma prościutką scieżkę i na niej one love, dusza wtedy rozkwita. nikt nie jest ofiarą ani nie trzyma się drugiego jak pijanyt słupa. a inni suną przez życi zygzakiem i się gubią potykają ranią męczą i duszę mają brzydką; posiniaczoną taką. jakieś wnioski?
jeśli wrócić by do jakże długiego weekendu; od dziecka jesteśmy programowani tak, żeby skupiać się na swoich słabościach i tym samym je pielęgnować. cholera jasna, to przecież prowadzi do nikąd! cóż mam z tego, że pielęgnowałam się naprawiałam godzin tyle? jajco tak zwane & czysty wyczyszczony gładki umysł. jaką to sztuką jest wychować dziecko grzeczne niepyskate zgadzające się ze wszstkich przytakujące nauczycielom nie mające własnego zdania nie wyrażające poglądów mające sześć zero? o, proszę was!
wolę niegrzeczne dzieci, które przynajmniej w przyszłości do czegoś dochodzą; hoodoo band my favourites dzieci myzyki. drogą prób i błędów, ale po swoim przynajmniej nie cudzym. po tym, co usłyszałam w jednym mało znanym radiu; że "ich myzyki popularne stacje radiowe i telewizyjne unikają jak diabeł święconej wody" szok mnie przesiąknął. jedna z niewielu,jakich nie musimy się wstydzić. któż teraz miesza blues funk soul i jazz w tak smacznych kompozycjach i podaje na tacy pod nos, bezskutecznie z resztą ku ździwieniu. wokalista i harmonijkarz z niepowtarzalną barwą głosu i pani alicja moja najulubieńsza, tyle wystarczy. pozdrawiam kolesia, który zaprojektował okładkę; jest kuźwa czar.
http://www.youtube.com/watch?v=u6rLhiWdVFo&feature=related 1:58!
forever girl! you’re the cutest on earth don’t look away, the time is on your side forever girl with a Hello Kitty smile!
you dance all night and your mini skirt goes higher up up to the sky
-przyjemnie dość; życzę was zasranego tygodnia, który będzie tak samo gówniany jak mój.
moje małe sentymenty.
Chciałam tylko wyrazić tutaj swoje sktromne zdanie, dodając do wczorajszych myśli, że mam sentymenty do miejsc i rzeczy- ale nie do ludzi. szybko się zakochuję w rzecach- ale nie w ludziach. ile potrzeba mi, by się przyzwyczaić i przywiązać przeźroczystą mocną nieprzerywalną liną? dwa tygodnie, jak teraz. dlatego niezwykle dotknęły mnie pewne słowa,które wyleciały z ust pewnej wartościowej osoby z niezwykłą lekkością. nikt nie będzie przeklinał publicznie i podkreślał cholerność wrocławskich arkad (nawet jeśli są kijowe pod wieloma innymi względami) tudzież innych wrocławskich i niewocławskich galerii handlowych. :) pozdrawiam serdecznym palcem.
pozdery z innego świata.
trzysta sześćdziesiąt tysięcy metrów dzieli mnie od czerwonego pokoiku, naściennej monroe i zasranego wszystkim i niczym biureczka. i wiecie co? tylko tyle mam i za tym nie tęsknie. gdzież tam ludzie, ex friends- no gdzież. niezwykle dobrze mi tutaj. pomijam wszystko i odsuwam na drugi plan. -> dokuczliwe bóle fantomowe w okolicach nieisteniejącego no przecież serca stają się nie-do-zniesienia. powiększająca się wciąż lista must-have: tysieczna torebka od niewiadomokogo i za niewiadomoile to jest coś. ale i tak nie ruszy mnie to w żaden sposób, gdyż iż bo wciąż tkwię w głębokiej in love w mojej wspaniałej jedynej wielkiej czarnej – mizensie. + ogromniasty problem z dzinsami; no ja wiem, niewymiarowa jestem okrutnie. nogi mam grube, małe. uszyje mi ktoś dzinsy? kupie loda. urodzinowy koc w kwiatuszki i inne wzorki kryje mnie całą, wieczory poranki cudza toshiba. marit larsen najukochańsza pod słońcem;jej głos jak z nieba uspokaja rozstrzepaną mnie. must have krzyczy pilnie i się domaga jakiegoś friend.
czyli pilnie poszukiwany; blondyn najukochańszy niewiemjak-oki, mający mózg ładne paznokcie. umiejętności; zeby mnie akceptowal, rozczesywal mi wlosy co wieczor, co ranek. sprzatal po mnie kubki po kawie ktorej nigdy przenigdy nie dopijam i roznoszę po domu, a dokladniej wszystkich pomieszczeniach nastepnie o tym zapominajac. zeby ze mna mieszkal, lubił całodniowe shoppingi, zeby cierpliwie i szczerze doradzał, jak tam mój tyłek się ma w tych kijowych spodniach i pocieszał; kotku, to nie Ty jestes chujowa, tylko te spodnie! twój tyłek jest wspaniały; idziemy dalej. karmił mnie sushi, wygłupiał się wciąż. zeby ze mnie nie kpił, nigdy przenigdy. lubił to, ze nie ściele łóżka& mam wiecznie rózowa pościel. oglądał ze mną filmy i na każde zawołanie robił mi kawe. ja mu bedę gotować. zeby mnie pytał, czy ten krawat pasuje do tej koszuli i w efekcie koncowym decyzje pozostawiał mnie samej. zeby prasował mi stringi i pozwalał nosić swoje męskie ciuchy.niech patrzy się na mnie półnagą chodzącą po domu i mowi, że ma podobne majtki, a nie łóżko mu w głowie. najlepiej gej. właściwie to gej,only. więc POSZUKUJĘ geja; oglaszam wszem i wobec.
patrzą na mnie oczy mówiące ludzkim głosem; szarobure boskie zwierze, które ma w oczach logo sephory na anasowym tle mówi, że mój kocyk ładnie pachnie i rozkazuje kończyć ową notkę, która pisana w pozycji; nie wiadomo jakiej półleżącej i jakby siedzącej co rusz innej, bez przecinków i jakiejkolwiek zachowanej równowagi i rozsądku. niechaj moja pani od polskiego tego nie czyta. lusia szepce, że mam wstać i umyć włosy.
ps. gdybym miała wbudowaną w siebie klawiaturę klawisz ESC miałby zapewne starte literki od częstego nadużuwania. niech ten gej z moich dreams się odezwie i zaklei mi klawisz w lewym górnym plastrem.
winna jak ocet.
koniec końca, początek początku.przedziwne kwestie, o których nie chcę rozmawiać nawet sama ze sobą. " kochanie, co Ty wiesz o życiu, jestem od Ciebie o wiele starszy. " ale czy doświadczenie to liczba przeżytych lat? chyba nie, doświadczenie to ilość przeżytych chwil. emocje znajdują ujście we łzach. uspokajam swoje rozhisteryzowane sumienie tanim wyrobem czekoladopodobnym. so what? mam głodną duszę. rozmowa z samotnością + sen to antidotum na takie dni. wszystko co za oknem mnie przeraża. zimo, wypierdzielaj! wiem, powtarzam się. chłopaki z łąki łana mi nie pomagają, przytulam się do kaloryfera. hej rąbaki z ł.ą.k.i. ł.a.n.a. cała na łana, cała na łana! ochota na sen, herbatkę i blogi puka w okna od siódmej rano. supa dupa dens, sru vabanque.
zjedz mnie jak deser- czyt. jak rafaello bez orzeszka w środku. piżamka w kropeczki i tak już zostanie. nie mam co na siebie włożyć, prócz głupoty. cisza pośród czterech ścian, nic jej nie przekrzyczy. boje się. nie lubię się niczym dzielić, Ty też się nie dziel. dzielenie nie jest przemienne. nienawidzę udawać, że coś jest, kiedy tego nie ma. puk-puk, fuck-fuck, fuck you, how do you do?
ps. gdybyś mnie kiedyś miał już przestać kochać, nie mów mi o tym.
nawias klamrowy gwiazdeczka nawias klamrowy
podle się czuję. za dziesieć minut muszę zostawić dom ciepełko herbatka sratki i pizamkę i kołderkę szlafroczek sniadanko mleko do łóżka bezsenność książeczkę najukochańszy kaloryfer i własny pokoik z czujnikami antystrachowymi. boję się tego dni i tygodnia. na niczym mi nie zależy dziś. biorę do torby jak najwięjcej domowego ciepła tudzież domowej siebie. jeszcze siedewm minut; mam mdłości. odliczam dni do sesnastego, potem do trzydziestego stycznia, b ę d z i e p i ę k n i e.
jak widzę zimę to zakrywam dłońmi nocną twarz, z buzi leci ciche fuck, fuck, fuck, [podgłaszam się ]zatykam tez uszy na wszelki wypadek, ust nie. niech wiedzą, że nie lubię. znowu śniegochuj. gdyby dzisiejszym dniem była sobotka, czy piąteczek, wróciłabym do łóżeczka, no ale najwyrażniej los robi mi psikusy. wypieło się na mnie szczęście. wyglądam jak pluszowa skarpetka, czyt.jestem calutka mięciutka i opatulona, pozasłaniana przed duchami i złymi mocami. wyruszam więc za dwie minuty, wezmę poduszkę pod pachę. może umrę ze smutku po drodze.
merry christmas.
zieleń w oczach i nitorudy-nitobrąz opadający na nią niesforniej i swobodniej niż kiedykolwiek. święta (nie)tylko na paznokciach, niebieskim długopisem maluję różowe serce. a myślałeś, że się nie da, c’nie? niebo spada mi na głowę, plus fakt, że jestem z tych, którzym strach przed samotnością uniemożliwia oddychanie. do momentu, gdy przepełnia nas stan eudajmonii nie zastanawiamy się, dlaczego tak jest, bo po prostu jest nam z tym dobrze jak nigdy dotąd, więc dziękujemy losowi za łaskawość i przychylność i tylko tym żyjemy. tkwimy w gównie, i tak na prawdę nie interesuje nas, że śmierdzi, że jest fuj, bo zdążyło zakleić nam marzeniami i oczy i nos. co dzień pieścimy duszę kitami, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego, i że widocznie tak musi być. poniekąd racja, ja sama nie chcę dożyć momentu w życiu, kiedy wszystko będzie jasne jak cytryna pływająca w Liptonie. od niedawna jestem wiązką wrażeń, matka przeznaczenie chce dla mnie jak najlepiej, ale coś jej nie pykło. zauważcie, że dopiero jak zaczyna się psuć włącza nam się głęboka analiza.
doświadczenia i wydarzenia minionego roku są średnio satysfakcjonujące, choć serce wie swoje; pikantnie przyprawiają o zachwyt. odosobnienie zaadresowane do mnie, płatne przy odbiorze, dostarczone priorytetem. podobno niezwykle wzmacnia dystans do codziennego życia. czyżbym znów się łudziła? teraz każdy mój dzień jest taki sam.
"co ja takiego robię?"- zapytał. "jesteś, to dużo."-odparła przekonywująco jak nigdy.
ps. chwilowo zmieniłam adres, leczę się w niebie z przedawkowania rzeczywistości. i muszę przyznać, że jestem zażenowana tym, że muszę życzyć wam podwójnej porcji sztuczności na święta, ale skoro muszę; merry christmas.
dziewiąty grudnia.
przesiąknięta jestem stresem, powieki błagają o spokój i kapkę snu, który nie chce zaszczycić obecnością od ponad trzech dni. budzik komórkowy budzi się po piątej , ja tuż po nim, bądź ciut przed nim. pomijając fakt, że zabiłabym go z największą na tym świecie chęcią na twarzy, albo przydusiła pośladkiem. jeszcze tylko wtulę się w poduszkę, owinę kołdrą i na koniec cała pod nią wejdę. namacalnie proste znalezienie pilota do radia bez urzycia zaspanych jeszcze i zaklejonych snem oczu. ja i emiliana torrini właśnie wstałyśmy, przeciągnełyśmy się w lustrze, zerknęłyśmy co na prognoze na dzisiejszy dzień wypisaną we własnym odbiciu. nucę sobie, mruczę i czołgam na łokciach do łazienki. w kuchni stygnie mi już mleko z miodem i cynamonem, które najchętniej szeptałoby dzień dobry zamiast budzika. man, you got me burning, i’m the moment between the striking and the fire. hey, read my lips, cause all they say is kiss, kiss, kiss. no, it’ll never stop, my hands are in the air, yes. wy wiecie, że ja jestem pierwsza w kolejce do nieba. no co? przecież bywam święta. staję na palcach, by dotknąć, próbować i smakować chmur.
dzielę łóżko z wieczorną marit larsen, która czaruje mnie po stokroć- niewiarygodne. po każdych trzech minutach replay, wpatrzona jestem w nią na maksa.
coś się dzieje z moim wnętrzem, nie wiem co to jest, ale jest tak intensywne jak kolor moich paznokci.
oblukajcie, koniecznie.
http://www.youtube.com/watch?v=J2eCiRVYTUY
szósty grudnia.
serce mi się rodzi i umiera co chwile. tonie w zachwycie, raduje się i smuci z tęsknoty. dusza to wyrodna siostra, która spogląda z góry na mękę i bezcelową walkę. ogląda mnie żywot na dużym ekranie, co chwila wybuchając śmiechem i plując wokół popcornem, bawiąc się wyśmienicie, jak na głupkowatej komedii. w tej samej chwili wyciągam w skupieniu z serca ciernie, starając się przy tym zadawać jak najmniej bólu, powoli i ostrożnie. lecz to nie jest dobry sposób. jest równie nieskuteczny jak gwałtowne i szybkie pociągnięcia, przy których ból jest krótkotrwały, pozostawia jednak piekące rany na dłużej. nie ma dobrej kuracji na życie, bo życie – o tak! – trzeba leczyć.
samotność nie byłaby tak dokuczliwa, gdyby nie uwiązana u mojej nogi nadzieja. gdyby nie wizja słodkiego jutra, cukrowych słów na wieczornym spacerze i obecności, na którą zawsze mogę liczyć. czasami, z litości chciałbym kupić sobie tę odrobinę szczęścia, ujrzeć kilka łez na swojej roześmianej twarzy, poczuć walące w piersi serce, które samo nie potrafiłoby wyjaśnić, co je tak opętało. tymczasem dusza pogrążona w letargu, zahibernowana obok potulnego, siniejącego serca, przyjmuje każdy kolejny dzień w tym samym ni to poważnym, ni to szyderczym, ni to smutnym, ni wesołym zamyśleniu. przyjmuje wszystkie niespodzianki zimno, obojętnie, ukrywam zaskoczenie. serce mówi jedno, rozum drugie i trzecie dusza. rozrywam się, i tak naprawdę czuję się totalnie bezradna, aby cokolwiek się rozwinęło pomyślnie, bądź niepomyślnie, nieważne! do wszystkiego potrzebna jest odwaga, a mi jej niestety brak. i przez to, kiedy nadchodzi ta arcyujowa pora wieczorna, ten czas od kiedy leżę w łóżku, do czasu kiedy zasnę głowę zaprzątają mi myśli, którymi się obwiniam.. wszystko przeze mnie! czyżby to nieśmiertelna towarzyszka nadzieja, znów szeptała mi do ucha jakąś piękną wizję, czyżbym nabrała się na kolejny fortel, którego środkiem jest mój trud, a celem dobra zabawa?
drugi grudnia.
może dojrzeje do tego. obudzę się pewnego ranka i poczuję, że jestem zakochana. wiecie, zawroty głowy, gorączka, mdłości. to nie miłość, weroniko, to grypa. tak, muszę przestać żyć jak w filmie. prawdziwą miłość trzeba poznać, nie obsadzić. kwestia decyzji, musisz zaryzykować. nie wiesz, czy ten ktoś Cię kocha, czy nie spotka Cię zadość. miłość nie musi Ci się przytrafić, sam może powinieneś ją wybrać. zrób porządek ze swoimi fantazjami, przelej je na klawiaturę. ja od zawsze uważałam, że miłość to cały proces, a nie jedno wydarzenie powinniście mnie ukarać, za to, ile razy użyłam słowa miłość, którego doprawdy nie znoszę. tak samo jak prawdy, bo potrafi jedynie rozczarowywać, komplikować i tak trudno w nią uwierzyć. life is a sausage, love is a ban, come on everybody make a love all around !
mam mokre powieki od braku snu, źle sypiam trzecią noc z rzędu. ani stopery, ani opaska na oczy, na lepszy sen, nie są w stanie mi niczego wynagrodzić. jedenaście groszy na koncie i cholerny dźwięk raportów doprowadzają do furii. grejpfrut na ścianach i róż pościeli mnie rozpraszają, uczę się więc w pozycji leżącej, na ciepłych kafelkach w łazience. właśną sypialnię omijam łukiem bo do szału doprowadza mnie widok tygodniowej części siebie, która domaga się natychmiastowego sprzątnięcia z fotela przeznaczonego ‘dla gości’, choć i tak nigdy nie pełnił takiej funkcji. co dzień z rana, niedospana, skrajne uczucie, kiedy zapnę już wszystkie dwadzieścia trzy guziki długaśnego swetra, nagle okazuje się, że ominęłam jeden , maleńki na samym początku. obcisła szarość na nogach, wiśnia na paznokciach, klasyka na rzęsach i ustach.
dwudziesty listopada.
ostatnio miałam wrażenie, że godziny mijają, a ja nie uświadamiam sobie nawet, jaki jest dzień. zdawałam się żyć poza swym ciałem, odrętwiała na wszystko, z wyjątkiem bólu w sercu, w kościach, w głowie. dziwne wrażenie, jakbym przespała trzy czwarte ostatniego tygodnia. powiędły mi sentymenty i nie wiem czym żyję obecnie. chcę do miejsca gdzie coś jest w zasięgu mojego palca, tak na pstryknięcie. gdzie nie ma nic , a czas stoi w miejscu. wyłączam myśli, myślę o niczym, bądź jedynie o tym co czaruje mój uśmiech. piekę marzenia z piernika i chowam do pudełka, żeby się nie popsuły, problemy spuszczam w kiblu. kładę się spać, ale nie śpię jeszcze przez kilka godzin. myślę sobie troszeczkę o naiwności, troszkę o szczęściu jakie mnie otacza, później jakby troszeczkę doceniam, chwila moment znów wątpię. sekundkę o przeciętności, rutynie i monotonii. blednę na samą myśl o podwórkowym powietrzu, ale wtapiam się w długi sweter z kieszonką na serce i jest jakby okej. szybko się przyzwyczajam, to źle. dziwnie jest patrzeć na własne marzenia, które spełniają się komuś innemu, nie? pałam zazdrością, chwilę potem zasypiam.
♥
siedemnasty listopada.
wstęp: kuźwa mać, kij w cipe wszystkim cipom. kij w dupke wszystkim dupkom. uje muje dzikie węże. ja pierdziele.
rozwinięcie: właśnie porzygałam się własną krwią, a wszystkimi w około mi się po prostu odbiło. nie mam nic do powiedzenia i dlatego nie powinnam w ogóle dodawać następnego wpisu, ale cóż. wciąż upierać się będę przy tym, że to mój zasrany kupą i innymi rzeczami blog, więc mogę tu pisać co mi się żywnie podoba. a teraz może już podziękuję . nienawidzę tego klimatu, nienawidzę tego miasta, nienawidze tego komputera, nienawidzę tej szkoły, nienawidzę tego dnia (i jutrzejszego), nienawidzę tego uczucia, nienawidzę być nieważna, nienawidzę swoich włosów, nienawidzę Ciebie. zimno mi, piję wodę truskawkową i zaraz jebnę sie na mega mięciutkim cieplutkim łóżku i zapadnę w niemożliwie cudowny głęboki sen, który sprawi , że będę szczęśliwa i zadowolona.
zakończenie: boję się jutra, chcę do mamy. cześć.
nie dosypuj mi więcej cukru do herbaty ,
będę piła gorzką .
nie dolewaj mi mleka do kawy ,
będę piła taką , jaką chciałbyś dla moich ust .
szósty listopada.
pif – paf ! od samiuśkiego ranka, od kiedy tylko sięgnę pamięcią, od kiedy tylko wprawiłam powieki w ruch, poczułam gorzkie, nocne fuck. dokucza mi dziś wszystko, denerwuje, w dosłownym tego słowa znaczeniu, przeszkadza, irytuje, bulwersuje, męczy, trapi, oburza, oduża, obraża, obnaża, czy coś. bądź co bądź, zrozumcie mnie dziś proszę, oraz wybaczcie, ale jakakolwiek refleksja wytworzona w owej chwili przez mój mózg, jaka by to nie była, każda bez wyjątków będzie pusta i bez sensu. a, z tym sensem to dobrze! raczej bezsensem, da się polubić. a sens, co z nim? on nas nudzi przecież, jak to ktoś kiedyś śmiał podsumować. czyż nie?
ja wiem, że każdy myśli o sobie "jakie to ja mam bogate wnętrze, jestem inna niż ci wszyscy". a tak naprawdę, to we wnętrzu ma nerki, płuca, wątrobę i jelita z bogactwem kału. to dlatego, że pijemy mleko i jemy mięso.
łyk czystej głupoty plus znikome ilości sklarowanego nieba, ze dwa substytuty. mocna, biała herbata, zaparzona najstaranniej, której smak wisi od wczoraj w powietrzu. mam talent do spożywania ogromnych ilości słodyczy o piątej nad ranem. gdy się budzę, czuję wczorajsze wino i nie mogę spać. zmieniam się jak oddech we śnie, wytłumioną mam głowę jak studio nagrań. już nie chce mi się słuchać, mówić też mi się nie chce. proszę was – stop, stop, stop.
piętnasty października.
nie oglądajcie wiadomości, faktów czy innych bożalsięboże tego typu wieczornych programów telewizyjnych. tam tylko użalają się nad sobą, opłakują wszystkie morderstwa, przestępstwa, robiąc z tego bóg wie co, wielkie halo, kolejną, nudną sensację i żałobę narodową. czy to coś zmieni? odpowiedzmy sobie na pytanie, po co zaśmiecać naszą głowę bezskutecznymi apelami? pragną skandali, których świat współczesny dostarcza nas w dostatku. teraz, żeby ktokolwiek się zdziwił i zaczął komentować, w aferze musiałaby wziąć udział jakaś żałosna ekipa, a dziennikarze musieliby nad wyraz się postarać i włączyć mózgi. a więc w ciążę powinna zajść pierwsza lepsza ośmiolatka, zapłodniona przez niegrzecznego, napalonego pięciolatka, albo dwunastoletni chłopczyk sam robiący sobie loda. ja pierdziele, tego chcecie? ja jestem przerażona, nie śpię po nocach. to co w takim razie będzie się działo, kiedy dorosnę? pozwólcie, że nie będę dalej wymieniać. póki co, sami sobie zaprzeczajmy, nie oglądajmy wiadomości i nie czytajmy pudelka, żywmy się swoją rozbuchaną ponad wszystko wyobraźnią i produkcją własnych marzeń. o ile dorośniemy, zmienimy świat, bądz stworzymy swój własny! osobiście preferuję opcję numer dwa.
uwielbiam stać godzinę bądź półtorej pod prysznicem, nie wykonując żadnych konkretnych ruchów, patrząc z przymkniętymi powiekami, jak woda zmywa samoczynnie ze mnie wszystkie grzechy i brudy z dnia poprzedniego. bo jak byście nie wiedzieli, z moich kranów leci woda święcona, a mój prysznic mieści jeszcze ze dwie osoby oprócz mnie, bądz też jedną większą ode mnie. czuję się świetnie, w dosłownym tego słowa znaczeniu, pomijając okropny katar, kaszel i przeziębienie, które nie chce zostawić mnie w spokoju i męczę się z nim już trzeci dzień. hm , marzę sobie o kilku rzeczach ostatnio intensywnie bardzo, a tak. chciałabym znaleźć się w dwóch miejscach naraz. słoneczka moje, wiecie o czy mówię, no przecież.
szepnę jeszcze słówko, co do sprzedawania prywatności tutaj. zakładając bloga i pisząc notki dotyczące teraźniejszości, jesteśmy świadomi przecież, że przeczytać nas może każdy, więc albo nam to odpowiada, piszemy dalej, uważając jednak na wypowiadane słowa (wyniknąć mogą z tego przeróżniaste konsekwiecje, oo tak), resztę mając w dupce. albo, nie piszemy w ogóle, a jeżeli, to coś zupełnie neutralnego. ja osobiście nie sądzę, żebym cokolwiek tutaj sprzedawała, blog jest miejscem publicznym, wiem o tym. zawsze też można się odciąc od natarczywego społeczeństwa. umieszczam tutaj przecież jedynie moje spostrzeżenia, poglądy, czy opinie, nie wywodzę się ani na temat życia uczuciowego, ani intymnego, więc problemu nie widzę.
niech nikt nie śmie powiedzieć, że jestem wulgarna, bo to nie jest prawdą.
więc idę troszkę postać pod prysznicem, ale po drodze z niepohamowanej radości , podskoczę sobie sześć razy na lewej nodze i zużyję kolejną paczkę chusteczek higienicznych.
jedenasty października.
o gad, październik mi nie służy. bo jeśli chodzi o tak zwaną jesień to najbardziej lubię jabłka, zapach różowej pościeli i plusz szlafroka. gdziekolwiek nie spojrzę wieje chłodem, zimno kuźwa, zimno. więcej słońca, koloru zielonego i cynamonu. a wy doskonale wiecie, że słońce plus cynamon to się równa szarlotka, nie? mniam. po dziesiąte, życzę sobie mniej smutku, brakujących elementów, które gdzieś raz po raz zbaczają skąd nie trzeba i gorącej chocolate, ponieważ najnormalniej się nudzi. ewentualnie musli wsypywane co rano do jogurtu i dżem truskawkowy w duecie z kakałem. dla świętego jem kolacje w łazience na podłodze z książką na kolanach, tylko tam jest ciepło. godzina wczesna niemalże, ja zakryta po szyję ( -palce u rąk, czymś pisać muszę), pluszowe misie ułożone pod ścianą na łóżku, różowa pościel, idealny porządek plus odrobione conieco do końca tygodnia. jestem prymuską, a mimo wszystko: "o, jak mi niedobrze na myśl o jutrze."
dwudziesty szósty września.
co się do jasnej cholery dzieje, powinnam teraz dobrze się bawić, śmiać, cieszyć, że w ogóle przeżyłam mandej i wszystko typu podobnego. a ja jestem konkretnie mętna dziś, moje nadzwyczaj mozolne ruchy doprowadzają ludzi w moim otoczeniu do złości, a nawet furii. ale to nic, lubię ich denerwować. wyraz twarzy mam niewyraźny, a w zasadzie w ogóle mi go brak. zgubiłam gdzieś również mój ironiczny uśmiech. nie chce być taka wredna i chamska, jaką jestem na co dzień, uwierzcie mi i najlepiej wybaczcie. ale, do śmiechu doprowadza mnie jakieś wasze banalne tłumaczenie, albo jakieś nad wyraz troskliwe dociekanie i nagłe zainteresowanie się moją osobą. wyjdź z siebie, stań obok i zobacz. aż chrumkasz ze śmiechu, więc spróbuj zrozumieć mnie. moja naiwność tez mnie przeraża. myślicie, że zanim dorosnę wynajdą na to lek? was samych nie zmuszam przecież do okazywania nie wiadomo jak ciepłych uczuć do mojej osoby. ja też muszę się zastanowić nad sobą, może. wtedy coś zdziałam i zacznę podchodzić do niektórych rzeczy troszkę poważniej i z większą świadomością, niż teraz. aczkolwiek, nikt jeszcze nie śmiał stwierdzić, że go lekceważę, mam nadzieję, że taka osoba się jednak nie znajdzie. sięgam być może za daleko, szukam ślepo czegokolwiek, co mogłoby mnie uszczęśliwić. najprawdopodobniej znajduje się to bardzo blisko, ale ja o tym nie wiem. nie patrz tak bezczynnie jak utrudniam sobie życie, mógłbyś mi pomóc. obecnie wszystko przeze mnie porządane wydaje się nieosiągalne, dlaczego?
wiem, czytając mnie ma prawo przecież Ci przez głowę myśl, że scalam problemy, łączę wszystkie mniej ważne rzeczy i spuszczam w kiblu, te bardziej istotne natomiast żuję jak mambę, przeżuwam na drobne, gryzę i wypluwam przekształcone moimi oczami, jako zupełnie nic nie znaczące gówna. albo też, że jestem infantylna, prosta, mało skompilowana, może troszkę głupia czy pusta, sama w sobie, wręcz banalna, tak jak moje światopoglądy, które tu przestawiam jako różowe, księżniczkowe i nade wszystko cukrowe. zapewniam was, że przelewam tu moje uproszczone dziesięciokrotnie myślenie, które wydaje się być przesadnie dziecinne, ale to tylko dlatego, żebyście mogli mnie poprawić, pouczyć, daję wam szanse. tak trudno to pojąc? nie zaprzeczę, że staram się od czasu do czasu wyrzucić z siebie coś jakże pozytywnego, zależy to jednak od mojej formy i refleksu. zdarza mi się napisać też coś, co uznajecie za mądre, a jak.
mój boże.<3 i co, nadal myślisz, że blog odzwierciedla mój charakter? jeny, to kolejna śmieszna rzecz. nie będę znów wam niczego przypominać, ani tłumaczyć, ale powiem jedno, to miejsce, gdzie wyrzucam z siebie niepotrzebną mi i zbędną do czynności życiowych zużytą energię, dosłownie ujmując- śmietnik. wszystko co cenne, zostaje we mnie. lecz wy, niekoniecznie musicie mieć o tym pojęcie, bo skąd. bawi mnie tylko, kiedy słyszę z waszych ust słowa, że "dobrze mnie znacie". bo co? bo czytacie tutaj umieszczone moje słowa, które wydają się być tak szczere, bo wiecie kiedy mam dobry humor, kiedy boli mnie brzuch, poznajecie z każdym dniem coraz to głupsze wyznania na wszelakie tematy? wszystko ogranicza się jednak do bloga. w szkole natomiast czy gdziekolwiek indziej, gdzie się widzimy chowacie gdzieś odwagę i swoją pyskatą buźkę i mnie nie znacie. gdybym chciała zamknąć wam mordy na kłódkę, nie było by to takie znów trudne. uwierzcie, to miejsce nie wystarczy, żeby mnie naprawdę poznać. wylewam tu zaledwie jedną tysięczną codziennej siebie. dołują mnie niekiedy wasze podejście, może dlatego, że mi nikt nie daje do zrozumienia, żebym zmieniła swoje.
piętnasty września.
sama nie wiem, co ja tu robię. ale załóżmy, że dopiero się obudziłam. zobaczyć mimo wszystko tej jesieni za moim oknem. zasłoniłam wszystkie rolety, zimo, wypierdzielaj, no. bo umrę. ;< wiem, histeryzuje, zle nastawiłam się do takich pozytywnych i dającym kupkę możliwości rzeczy, jaką jest na przykład padający śnieg. nie, no boże. co ja wygaduję. i tak nienawidzę śniegu. przez niego długo człapie ze szkoły, a rozleniwia mnie sam fakt. muszę nosić szalik i rękawiczki. włosy muszę suszyć jak wracam, nie mogę chodzić w najukochańszych szmacianych tenisówach, bo mi przemakają łącznie ze skarpetkami. w ogóle wszystko mi przemaka wzdłuż i wszerz. i to nie, żeby jakiś puszysty, lekki i ładnie pachnący śnieżek, tylko jakieś obsrane, lepkie gówno wnikające w odzienie ze skutkiem natychmiastowym. przepraszam, moje marudzenie przyprawia wam o wymioty, ale zrozumcie moje niewygodne ułożenie w czasoprzestrzeni, ja zatrzymłam się gdzieś w środku lipca, boli mnie i dotyka sam fakt, że nie mogę nosić japonek i pokazywać ramion. w ten piękny czwartkowy poranek topię smutki w drugiej kawie już z kolei, zdaje się, że tylko ona mnie uwielbia. owijam się różem i gadam w poduszkę, słucham ramowych piosenek i nie wcale nie mam ramiaru gdziekolwiek ruszyć dupki, i tak przemoknie.




